Wywiad z Robertem Cichowlasem na okoliczność wydania „Szóstej ery”

26 sierpnia 2011 ukazał się na Gildii Literatury wywiad, którego udzielił nam Robert Cichowlas. Wypada dodać, że nie jest to nasze pierwsze spotkanie. Nie tak dawno temu Robert, wspólnie z Kazimierzem Kyrczem Jr., zostali przemaglowani w związku z wydaniem „Efemerydy” (tamten wywiad znajdziecie TUTAJ). Tym razem Robert uległ przepytaniu na okoliczność… „Szóstej ery”, bardzo fajnego horroru, który również mieliśmy okazję recenzować.

Dzisiaj wywiad trafia także na łamy Onibe – zapraszamy do lektury. Nie pozostaje nam nic innego, jak zaprosić Was do jego lektury, jeśli oczywiście nie przeczytaliście go wcześniej. Jeśli lubicie horrory to dowiecie się paru ciekawych rzeczy. Jakich? O tym poniżej 😉

„Szósta era” – Wywiad z Robertem Cichowlasem

Darek Barczewski: Witaj Robercie, miło mi spotkać się z Tobą po raz kolejny. A okazja nie byle jaka – wydanie „Szóstej ery”. Długo czekaliśmy na Twój samodzielny debiut powieściowy. No właśnie… czemu tak długo?

R.C.: Witaj, mnie również jest bardzo miło. Wiesz, w kwestii pisania bardzo często działam spontanicznie. Nigdy sobie niczego nie narzucam. Kiedy pisałem książki z innymi autorami, nie myślałem specjalnie o tym, że musiałbym napisać coś solo, bo akurat nadszedł na to czas. Świetnie się bawiłem, tworząc w duetach. Sporą część „Szóstej ery” napisałem krótko po studiach z kulturoznawstwa, a więc ładnych parę lat temu. Porzuciłem jednak projekt na rzecz innych. Przyszedł moment, kiedy znalazłem chwilę czasu na przeczytanie tych kilku rozdziałów „Szóstej ery”, które miałem i wciągnąłem się całkowicie.

D.B.: Zagadnąłem Cię kiedyś, czy łatwiej jest pisać samemu czy w duecie, a pytanie padło a propos „Efemerydy” i odpowiadałeś na nie razem z Kazem Kyrczem. Dzisiaj zadam je ponownie, bo zmieniły się nieco warunki. Wtedy miałeś podwójne doświadczenie: jako autor opowiadań i współautor powieści i antologii. Dzięki „Szóstej erze” doszła jeszcze jedna pozycja, najbardziej chyba chwalebna: indywidualne autorstwo powieści. Jak byś się teraz ustosunkował do pytania?

R.C.: Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Zarówno pisanie w duetach, jak i indywidualnie ma swoje plusy i minusy. Kiedy piszesz dany utwór sam, odpowiadasz za niego od początku do końca, musisz dwa razu dokładniej go zredagować, uważniej przeczytać po napisaniu, a i sama praca nad nim wymaga dwa razy więcej uwagi. Pisanie w duecie to sprawdzian charakteru i zdolności pójścia na kompromis. Ale i świetna przygoda. Traktuję pisanie jako dobrą zabawę i dopóki odczuwam przyjemność, tworząc dany kawałek, jest ok, niezależnie od tego, czy piszę go sam czy z drugą osobą. Tak, de facto, nie jest dla mnie szczególnie ważne, czy piszę sam czy w drugim autorem.

D.B.: Zdobyłeś już sobie całkiem spore grono współautorów i to nie byle jakich! Możemy się spodziewać nowych twarzy w tej galerii, czy raczej planujesz współpracować ze sprawdzonymi pisarzami?

R.C.: Planów mam całe mnóstwo, ale czas zweryfikuje, jak te i inne sprawy zostaną zrealizowane. Nie wykluczam współpracy z nowym autorem, ale na razie nie będę rzucał nazwiskami. Nie wykluczam też współpracy ze sprawdzonymi, jak to określiłeś, pisarzami. Na pewno będę też działał solo.

D.B.: Skąd pomysł na „Szóstą erę”? Przypadek czy głębsza fascynacja – skądinąd niesamowitymi – wierzeniami Indian mezoamerykańskich?

R.C.: Od lat interesuję się kulturą Mezoameryki. Aztekowie, Majowie, Inkowie… ich wierzenia, tajemnice, umiejętności, zachowania. Studiowałem to wszystko niezwykle dokładnie od najmłodszych lat. Czytałem masę literatury popularnonaukowej, zgłębiając temat, a potem nagle odkryłem, że fikcję z prawdą w tym temacie doskonale miesza w swoich powieściach Graham Masterton. Wystarczy sięgnąć po „Wyklętego”, by poczuć dreszcz emocji na samą myśl o azteckim Panu Umarłych – Mictlantecutli. W kilku innych jego powieściach również mamy Azteków i ich wierzenia, podanych w sposób bardzo przystępny. Od tej pory, oprócz pozycji popularnonaukowych, wyszukiwałem też beletrystykę, w której pojawiał się temat kultury Mezoameryki. Oddawałem się temu z wielką pasją.

D.B.: Uważny obserwator zauważyłby u Ciebie ślady tego zainteresowania. Choćby dzięki wspomnianemu Panu Umarłych, który użyczył Ci… pseudonimu. Na usta ciśnie się pytanie, czy „Szósta era” jest jakimś ukoronowaniem dłuższej drogi twórczej, celem z gatunku ostatecznych?

R.C.: Tak, Pan Umarłych – Mictlantecutli – towarzyszy mi od lat. Takim pseudonimem podpisywałem swoje opowiadania na portalach literackich, mój prywatny adres mailowy też zawiera to imię. To chyba jakieś zboczenie. Zgadza się, – od dawien dawna planowałem napisać powieść o Aztekach. A konkretnie horror, w którym mniej i bardziej krwawe bóstwa odkryłyby możliwość zemsty na białym człowieku. Wiedziałem też, że muszę najpierw pewne rzeczy przemyśleć i opracować solidny konspekt. Z jednej strony trudno nie było, bo przecież kultura Mezoameryki to mój konik, a z drugiej… wiedziałem, że muszę być w miarę wiarygodny w opisywaniu przygód Galińskiego. Nie mogłem pozwolić sobie na ściemnianie przez cały czas trwania akcji. Dlatego też wszelkie bóstwa pojawiające się w powieści oraz opowieści na ich temat są prawdziwe. W „Szóstej erze” jest też kilka innych historii opartych na faktach, na przykład katastrofa pewnego pociągu…

D.B.: Takich sub-historyjek jest w „Szóstej erze” więcej. Jak je gromadziłeś? Korzystałeś z przypadkowo nabytej wiedzy, czy szukałeś ich celowo?

R.C.: Spędziłem wiele czasu na rozmowach z moim znajomym po piórze, Jackiem Rostockim, na temat „Szóstej ery” i tego, jak powinno wyglądać zakończenie powieści. W trakcie rozmów padały rozmaite pomysły. Jacek to skarbnica wiedzy, z której mogłem czerpać, ile wlezie. Podsuwał mi rozmaite historyjki z życia wzięte, a także materiały dotyczące tragicznych wydarzeń, które kiedyś miały miejsce w Polsce. Część z nich została opisana w powieści, inne zaś wygrzebałem z czeluści Internetu.

D.B.: „Szósta era” to nie tylko mocna fabuła, ale i ciekawa konstrukcja. Po odchudzonym wstępie szybko przechodzisz do rzeczy, później dawkujesz napięcie, a finał… z jednej strony jest eksplozją emocji, z drugiej… ich ostudzeniem. Czy to jest Twój przepis na horror?

R.C.: W przypadku „Szóstej ery” od początku wiedziałem, że to będzie dość mocne uderzenie od pierwszych stron. Powieść miała być dynamiczna, wchłonąć w siebie czytelnika i popędzić z nim przez koszmary. Zakończeniu poświęciłem chyba najwięcej czasu. Podejrzewałem, że sam temat: Aztekowie w Polsce, wzbudzi zaciekawienie, ale i powątpiewanie w oczach czytelników. I rzeczywiście, zanim jeszcze książka ukazała się na rynku, dostałem kilka maili z pytaniami: hej, Aztekowie w Polsce??? Jak to możliwe? Musiałem to jakoś uzasadnić. Teraz otrzymuję maile oraz czytam w recenzjach, że wyszło nieźle, a to mnie najbardziej satysfakcjonuje.

D.B.: Fakt, wyszło Ci całkiem nieźle, choć spięcie kilku tak zróżnicowanych wątków wymagało sporej ekwilibrystyki ;-). Nie myślałeś o ułatwieniu sobie życia i umieszczeniu akcji gdzieś poza Polską?

R.C.: Nigdy nie byłem w USA ani w Meksyku, dlatego też nie podjąłbym się opisywania miejsca, które jednak jest mi obce. Podczas pisania powieści ważne jest dla mnie to, by czuć się jak najbardziej swobodnie, a taką swobodę daje mi jak najlepsza znajomość scenerii, jaką opisuję. Wiesz, szczegóły topograficzne typu umiejscowienie przystanku autobusowego, kubła na śmieci, restauracji czy sklepu z akcesoriami relaksacyjnymi dla kobiet dokładnie w takim miejscu, w jakim istnieją one w realu. Dodatkowo do zamieszczenia akcji powieści w Polsce skłoniło mnie poznanie pewnej historii, dotyczącej Inków, którą opowiedział mi mój kolega po piórze Jacek Rostocki, jednocześnie przedstawiając mi kilka związków Mezoameryki z Polską.

D.B.: Nie obawiałeś się (nomen omen) ulokować tak wielu dramatycznych (i drastycznych) wydarzeń w szkole?

R.C.: Ależ skąd. Szkoła idealnie się do tego nadawała! W dodatku w „Szóstej erze” opisałem liceum, do którego sam uczęszczałem.

D.B.: Wybór Galińskiego (nauczyciela) na głównego bohatera był dla Ciebie decyzją oczywistą, czy wahałeś się pomiędzy nim, a na przykład którymś uczniem?

R.C.: Od samego początku w roli głównej widziałem nauczyciela.

D.B.: Czy „Szósta era” to historia zamknięta?

R.C.: Dostaję całkiem sporo maili z pytaniami, czy będzie ciąg dalszy przygód Galińskiego. Otóż nie będzie. Uważam, że to, co powinno być zaprezentowane w „Szóstej erze”, zostało zaprezentowane i rzecz nie musi mieć kontynuacji. Nie w tym przypadku. Lubię głównego bohatera tej powieści, ale kompletnie nie mam pomysłu na to, w jaki sposób mógłbym pociągnąć jego żywot, by nie sprawiał wrażenia kreowanego z musu.

D.B.: Czy to oznacza, że dasz odsapnąć Panu Mictlantecutli i jego wesołym kompanionom? 😉

R.C.: Nie mam pojęcia, póki co, jak będzie z Mictlantecutli i jego kumplami. Powieść w tym guście już napisałem, a więc zrobiłem, co zaplanowałem. Teraz zamierzam uderzyć w całkiem nowe tematy, rysuje mi się koncept na powieść o… kanibalach. I na tym będę się koncentrował. Nie wykluczam jednak możliwości napisania kolejnego tekstu o Aztekach, będzie to chyba jednak opowiadanie.

D.B.: Horror kojarzy się na ogół z klimatami klaustrofobicznymi, z tajemnicami ukrytymi przed światem. W większości przypadków dramaturgia sytuacji skierowana jest przeciwko jednej lub kilku osobom, podczas kiedy ludzie wokół pozostają nieświadomi sytuacji. Koszmar ujęty w „Szóstej erze” dotyka… setek, a nawet tysięcy ludzi. Nie sądzisz, że było to ryzykowne? Że efekt mógł być bliższy fantastyce niż klasycznemu horrorowi?

R.C.: Nie zastanawiałem się nad tym. Siłą rzeczy działania azteckich bóstw na tak szeroką skalę musiały doprowadzić do wielu katastrof i rozmaitych tragedii. Ostatecznie mamy w powieści naprawdę sporo trupów.

D.B.: „Szósta era”, „Głód”, „Efemeryda” – te trzy teksty łączy jedno: żadne z nich nie ma klasycznie szczęśliwego zakończenia. Przypadek, czy nie wierzysz w happy endy w horrorach?

R.C.: Przypadek. Happy end w horrorze jest jak najbardziej w porządku, ale nigdy nie wiem, kiedy będzie miał miejsce, bo niekiedy zbaczam z góry obranego kursu podczas pisania. „Efemeryda” jest tu wyjątkiem – powstawała według ściśle określonego konspektu, od początku do końca. Ale już na zakończenie „Szóstej ery” miałem co najmniej trzy pomysły. Trzeba było wybrać najlepszy!

D.B.: Powiedziałeś mi kiedyś, że horror coraz pewniej poczyna sobie na rynku polskim, a pamiętam, że słowa te padły po premierze „Efemerydy”, z którą mieliście podobno trochę wydawniczych problemów. Z perspektywy czasu widać, że dobrze przeczułeś sytuację. Ostatni rok był bardzo dobry dla horroru i obrodził w ciekawe pozycje, zarówno powieści, jak i antologie. Ty miałeś okazję publikować w „11 cięciach”, Kaz Kyrcz z Dawidem Kainem wydali „Chorego, chorszego, trupa”. Swoje do puli dorzucili także inni twórcy, chyba zresztą doskonale Tobie znani. Jak to oceniasz? Początek długiego trendu? Przypadek? Nowy standard?

R.C.: Cieszę się, że horror lepiej sobie poczyna. Mam tu na myśli zarówno pojawienie się na naszym rynku nowych autorów zagranicznych, jak i kolejne publikacje polskich pisarzy. Wystarczy rzucić nazwisko Edwarda Lee, twórcę horroru ekstremalnego, by móc rzec, że wydawcy otwierają się coraz bardziej na nowe konwencje gatunku. Iście hardcorowa powieść „Sukkub” tegoż autora właśnie trafiła na rynek, warto po nią sięgnąć. Niedawno pojawił się Ramsey Campbell, a już planowane są jego kolejne książki. Do niedawna niepublikowany w Polsce Jack Ketchum, dziś jest jednym z najchętniej czytanych autorów gatunku. Rodzimi pisarze również nie zasypują gruszek w popiele, co jakiś czas serwując na blogach informacje o swoich nowych książkach. I nie mówię tu o półproduktach z pogranicza grozy/fantastyki/romansu, ale o rasowym, czystym horrorze.

D.B.: Piszesz o nowościach na naszym rynku, ale z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że możemy się spodziewać rychłego… kontrataku. Twoja powieść ma szansę zasilić elitarne, bardzo nieliczne grono polskich książek zdobywających rynki zagraniczne, w tym ziemię obiecaną literatury popularnej, a więc… Stany Zjednoczone. Nie zapeszając (niniejszym pukam w niemalowane drewno), zdradź, na ile ten optymistyczny wariant jest prawdopodobny?

R.C.: Faktem jest, że jedno z amerykańskich wydawnictw zainteresowało się „Szóstą erą”, ale póki co nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej. A chciałbym!

D.B.: Czemu, Twoim zdaniem, nasi rodzimi twórcy tak rzadko desantują się za oceanem? Boją się bestii czających się w wodnych odmętach, czy to raczej amerykański rynek ma moc odstraszania? Czytając mnóstwo książek i opowiadań, zarówno polskich, jak i zagranicznych, po prostu nie uwierzę, że ustępujemy umiejętnościami kolegom z drugiej strony sadzawki…

R.C.: Na brak polskich twórców w Stanach Zjednoczonych składa się wiele czynników. Na pewno po części mamy do czynienia z brakiem zainteresowania, a jeśli jakieś zainteresowanie się pojawia, trzeba inwestować w tłumaczenie – to sporo kosztuje – a i tak nie ma się pewności, czy wydawca po przeczytaniu tekst przyjmie. USA to rynek, gdzie najczęściej publikuje się pisarzy anglojęzycznych i dotyczy to nie tylko horrorów. Niestety tak to wygląda.

D.B.: Wróćmy na nasze podwórko, bo wkrótce zobaczymy Twoje kolejne opowiadanie w „15 bliznach” (kontynuacji „11 cięć”). Możesz powiedzieć coś na temat tego projektu?

R.C.: Miałem przyjemność wybierać teksty do tej antologii i powiem Ci, że miażdżą! 🙂 Znajdą się wśród nich opowiadania bardzo zróżnicowane tematycznie. Czytelnicy będą mogli przeczytać opowiadania Joego Hilla, Jacka Ketchuma, Pawła Palińskiego, Kazka Kyrcza, Dawida Kaina, Grahama Mastertona, Ramseya Campbella, Edwarda Lee i wielu innych autorów. Polscy twórcy znów stanęli w szranki z gwiazdami zagranicznej sceny grozy i udowadniają, że nie są od nich gorsi. Możliwość uczestniczenia w tym projekcie, to znaczy zaprezentowania swego opowiadania w tak zacnym gronie, to dla mnie wielka przyjemność. Książka pojawi się na rynku na przełomie września i października.

D.B.: A skoro już wspomniałem o „11 cięciach”… dasz się namówić na krótką ocenę antologii? Które z opowiadań przypadły najbardziej do gustu Tobie?

R.C.: Bardzo lubię kawałek „Futerka” F. Paula Wilsona, bo krwawy i bezpardonowy, a także „Powiedz im, że kochasz” Scotta Nicholsona, bo klimatyczny i pomysłowy. Świetny jest „Wybór Lucy” Rostockiego i „Dyniogłowy” Eversona – miałem niezły ubaw w trakcie lektury tego ostatniego opowiadania. „11 cięć” to, moim zdaniem, najciekawszy zbiór opowiadań opublikowany w ostatnich latach.

D.B.: Myślimy podobnie – „Wybór Lucy”, „Futerka” i „Powiedz im, że kochasz” to jedne z lepszych pozycji w antologii także moim zdaniem, choć ja, doliczyłbym do debeściaków także „Głód” autora, którego zapewne znasz całkiem dobrze ;-). A kontynuując myśl: na którą historię z kolejnej antologii, „15 blizn”, najbardziej radziłbyś nam zwrócić uwagę?

R.C.: Miło słyszeć, że „Głód” Ci podszedł. Mam sentyment do tego tekstu. Pierwotnie ukazał się w niszowej antologii „W otchłani mroku”, ale w wersji bardzo niedopracowanej. Musiałem go naprawić tu i ówdzie i cieszę się, że nadarzyła się okazja, aby opublikować go ponownie. W „15 bliznach” jest wiele opowiadań, które dają radę. Każdy znajdzie coś dla siebie. Zachętą niech będzie to, że większość autorów twierdzi, że opowieści, które podesłali, to ich ulubione kawałki.

D.B.: Jeśli uwzględnimy konfigurację autorów to… faktycznie, będzie to mocna rzecz ;-). A propos autorów. Jakiś czas temu wspominałeś, że pracujesz nad książką poświęconą Mastertonowi. Z tego co wiem, pozycja ta jest już gotowa i warto dodać, że jest… dość nietuzinkowa. Sama lektura spisu treści może potężnie zaskoczyć. Skąd pomysł na tak niezwykłą pozycję i jak się ją tworzyło?

R.C.: Nad tą książką pracowaliśmy z Piotrkiem Pocztarkiem ponad dwa lata. Pamiętam, że pomysł na jej napisanie zrodził się w 2007 roku, kiedy to spotkaliśmy się z Piotrem w hotelu Bristol w Warszawie, gdzie byliśmy umówieni z Grahamem Mastertonem na wywiady. Musiało jednak minąć trochę czasu, zanim koncept wyklarował się w naszych głowach i zanim zdzwoniliśmy się w celu jego omówienia. Niedługo potem spotkaliśmy się w Warszawie z panem Andrzejem Kuryłowiczem z Albatrosa i przedstawiliśmy mu nasz pomysł stworzenia pozycji biograficzno-beletrystycznej o Mastertonie. Dostaliśmy zielone światło, a Graham z chęcią przyłączył się do projektu, racząc nas każdą potrzebną nam informacją dotyczącą jego życia i twórczości. Będzie to jedyna na rynku taka pozycja o Mastertonie, który od dawna zasługiwał na porządną biografię. „Masterton: Oko w oko z mistrzem horroru”, bo taki jest jej tytuł, ukaże się pod koniec tego roku.

D.B.: Wspomniałeś, że w dzieciństwie zaczytywałeś się lekturami czerpiącymi z klimatów wierzeń Indian środkowoamerykańskich i zbliżając się do końca naszej dyskusji, chciałbym Ci zadać pytanie z tej właśnie beczki. Czy możesz nam zdradzić, co Robert Cichowlas, autor horrorów i wielbiciel grozy, czytywał w latach szczenięcych? Jakich autorów ceniłeś, jakie powieści uwielbiałeś mając lat naście?

R.C.: Od początku był to horror i kawałki takich autorów, jak: James Herbert, Harry Adam Knight, Graham Masterton, Stephen King, także Guy N. Smith, a więc wszystko, czym raczyły nas takie wydawnictwa jak Phantom Press czy Amber. Do moich ulubionych horrorów należały, i należą nadal, „Wyklęty”, „Rytuał”, „Podpalacze ludzi”, „Zwierciadło piekieł” Mastertona, „Dom czarów”, „Creed” Herberta, „Smętarz dla zwierzaków” Kinga i milion innych powieści grozy.

D.B.: A jak myślisz, czy dzisiaj młodzi czytelnicy są w lepszej sytuacji niż ich przodkowie kilkanaście czy kilkadziesiąt lat wstecz?

R.C.: Jasne, że w lepszej. W dużo lepszej. Rynek zalewany jest doskonałymi książkami, szkoda tylko, że niektóre przechodzą bez jakiegokolwiek echa, ale to już inna kwestia – taka, że książek jest bardzo dużo, nie są tanie, a ludzie mają w cholerę spraw na głowie i coraz mniej pieniędzy i czasu na czytanie, co zawdzięczamy beznadziejnym rządom w naszym kraju. Niemniej nikt nie może narzekać, wchodząc do księgarni z zamiarem kupna książki, że nie ma w czym wybierać.

D.B.: Twoje słowa to doskonałe podsumowanie naszej dyskusji. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze nie raz spotkamy się po przeciwnych stronach klawiatury, bo jedno jest pewne: tematów nam nie zabraknie. Dziękuję Ci raz jeszcze i życzę powodzenia Tobie i… „Szóstej erze”!

Jeśli chcecie przeczytać naszą recenzję „Szóstej ery” to zapraszamy TUTAJ, natomiast gdybyście byli zainteresowani przeczytaniem artykułu bezpośrednio na Gildii, to kliknijcie TUTAJ.

Dziękujemy Robertowi za poświęcenie nam czasu, gadało się naprawdę fajnie!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s