Reflektorem w mrok. Część szczęśliwie trzynasta i nieszczęśliwie ostatnia. W duecie raźniej.

Przyszła kryska na Reflektorem w mrok. Dzisiaj zapraszamy Was do lektury ostatniej już części cyklu poświęconego literaturze kryminalnej. Udało się nam zamknąć serię w trzynastu odcinkach, choć oryginalnie planowaliśmy ich trochę mniej. Ale przyznajemy się bez bicia, że… jakoś tak polubiliśmy ten cykl, naprawdę fajnie się go pisało. I bardzo doceniamy, że spodobał się Wam – dziękujemy za pozytywne i wspierające komentarze ;-).

Wkrótce uruchomimy nowy cykl dla Qfanta. Co w nim będzie? Koncepcje się jeszcze ścierają. Niewykluczone, że odpoczniemy na chwilę od kryminałów choć… pewnie nie na długo ;-). Jedno jest pewne: nadal będziemy dyskutować o książkach.

Odcinek dostępny jest także – jakżeby inaczej – na stronach QfantaTUTAJ.

Zachęcamy serdecznie do czytania i wyrażania opinii!

W duecie raźniej

Teoretycznie, zapytani o detektywistyczne duety, powinniście znaleźć mrowie odpowiedzi i przykładów. Szybko jednak dojdziecie do wniosku, że… nie jest to wcale takie proste. Najpopularniejsze tandemy – Sherlock i Watson, Poirot i Hastings, Rhyme i Sachs – nie są nimi w pełnym tego słowa znaczeniu: pomiędzy poszczególnymi ogniwami nie zachodzi bowiem równowaga. Na jej miejscu pojawia się to, o czym była już mowa w poprzednich odcinkach naszych kryminalnych rozważań: cieniowanie i klakierstwo. Natomiast par stricte partnerskich jest raczej niewiele. A nawet im po bliższym przyjrzeniu się można by było to i owo zarzucić. Uznajmy więc, że poniżej wymienieni są sobie równi. Względnie.

Jednym z pierwszych duetów, jaki przychodzi mi do głowy, są bohaterowie stworzeni przez nieśmiertelną Królową: Tuppence (zdrobnienie od imienia Prudence) i Tommy Beresford. Początkowo (jeszcze na kartach „Tajemniczego przeciwnika” z 1922 roku) Tuppence i Tommy są po prostu znajomymi, którzy nie mogąc znaleźć zajęcia po wojnie, postanawiają zająć się zarobkowo pomaganiem innym (w tym celu zakładają Klub Poszukiwaczy Przygód). Z czasem (ciągle w tej samej powieści) zakochują się w sobie i stają się parą, także w życiu zawodowym. Od kolejnego kryminału („Śledztwo na cztery ręce” z 1929 roku) rozwiązują rozmaite zagadki (między innymi na zlecenie wywiadu) już jako małżeństwo.

Ona jest przedsiębiorcza, zwariowana, odważna, ale i nieco lekkomyślna. Zawsze kieruje się intuicją i dlatego często puszcza wszystko na żywioł – jak łatwo się domyślić, stanowi motor napędowy wszelkich poczynań ich dwuosobowej drużyny. On – rozważny, ostrożny, opoka i silne ramię. W ostatecznym rozrachunku zwykle to on ratuje sytuację i sprawia, że bez szwanku udaje im się z powodzeniem zakończyć kolejną przygodę. Trudno wyobrazić sobie dziwniej dobranych współmałżonków i współpracowników, choć z drugiej strony uzupełniają się wprost idealnie: gdyby nie jej zapał, wiele zagadek przeszłoby im koło nosa; gdyby nie on, nie wszystkie zakończyliby cali i zdrowi.

Różnice charakterologiczne rzutują także na inny sposób działania, na przykład odmienne metody zdobywania informacji. Tuppence, jak na kobietę z krwi i kości przystało, gromadzi plotki. Jej informatorami są więc sąsiedzi, okoliczne dzieciaki, staruszkowie w domach starców itp. Tommy stawia na bardziej fachowe wsparcie, stąd informacji dostarczają mu szpiedzy czy dyplomaci. Czy jest coś, co ich łączy? Hm, z pewnością zamiłowanie do dreszczyku emocji oraz… obustronne zaufanie i miłość. Konfiguracja taka, jak zobaczymy na dalszych przykładach, należy do rzadkości.

Joe Alex, bohater kryminałów Joe Aleksa (pod którym to pseudonimem kryje się Maciej Słomczyński), z zawodu jest pisarzem powieści kryminalnych, a z zamiłowania detektywem amatorem. Hobby, jakże przydatne w pracy zawodowej, pomaga mu rozwijać przyjaciel Ben Parker, policjant ze Scotland Yardu. Ich współpraca opiera się na wzajemnej pomocy, z której to wynikają obopólne korzyści: Parker ma do dyspozycji drugą, pełną pomysłów głowę (a wiadomo: co dwie, to nie jedna), Alex zaś… temat na nową książkę.

Cel jednak zawsze jest jeden: znalezienie mordercy. A że Ben i Joe tworzą naprawdę świetny duet, zawsze udaje im się dowiedzieć, co w trawie piszczy. W trakcie kolejnych spraw rysuje się pomiędzy nimi chwiejna, ale zadziwiająco konsekwentna równowaga – wskazówka kołysze się, raz wskazując jako zwycięzcę jednego z nich, innym razem za rozwiązanie zagadki zostaje uhonorowany drugi, na przegranej pozycji są natomiast zawsze ich przeciwnicy, którzy po prostu nie są w stanie wygrać z oboma sojusznikami:

– (…) Wierzę ci, Joe, bo jeszcze nigdy nie wystrychnąłeś mnie na dudka. Ale przecież jestem urzędnikiem odpowiedzialnym za prowadzenie śledztwa. W tym wypadku niewiele jeszcze wiem, to prawda. Ty sprawiasz wrażenie, jakbyś miał coś w zanadrzu. Chcę ci wierzyć. W końcu ważne jest jedno: schwytanie mordercy i doprowadzenie go do rąk sprawiedliwości. Nie mam żadnych osobistych ambicji, jeżeli chodzi o współpracę z tobą, ale…

– Ale w końcu ja jestem tylko skromnym obserwatorem poszukującym tematu do moich książek. A to Ty zaaresztujesz mordercę. Jesteś sławą w swoim zawodzie i nie zawdzięczasz tego mnie. To nasza wspólna gra, Ben. Ale tylko my obaj o tym wiemy. Tym razem, jak mi się wydaje, zobaczyłem prawdę wcześniej niż ty. Pozwól, że zachowam ją sobie jeszcze przez godzinę czy dwie. W końcu ty sam możesz na nią także wpaść, poza tym ja się mogę mylić[1].

Gdyby ogłosić konkurs na duet, którego komponenty najbardziej się między sobą różnią, myślę, że wygrałyby postaci stworzone przez Jonathana Kellermana: Alex Delaware i Milo Sturgis. Poza wyraźnie przez autora podkreślaną rozbieżnością dotyczącą seksualnych preferencji (Milo jest gejem, Alex zdecydowanie nie), zupełnie inne jest ich usposobienie i podejście do życia. Wreszcie pełnią w tym „związku” odmienne role: Delaware, jako psycholog, jest mózgiem, natomiast Sturgis, będąc „zaledwie” detektywem policyjnym, zawiaduje mięśniami i pięściami.

Bohaterowie zatem wzajemnie się uzupełniają – każdy z nich ma to, czego nie ma drugi. Także w rozwiązywaniu kryminalnej zagadki zwracają uwagę na coś innego i dzięki temu… nie ma szans, by cokolwiek pominęli. Teoretycznie w większości spraw to Alex pomaga przyjacielowi, grając drugie skrzypce. W praktyce w trakcie śledztwa wysuwa się na pierwszy plan. Niczego by jednak nie wskórał bez Sturgisa. Ot, kolejny idealny tandem.

*

A teraz kilka słów poza tematem niniejszego felietonu. Wraz z omówieniem detektywistycznych duetów doszliśmy do końca tej przygody. Jak by to powiedzieć? Uznajmy, że nasz reflektor oświecił już nie tylko miejsce zbrodni, ale i wszystkich winnych. Nie żegnamy się jednak definitywnie, oj nie! Damy na chwilę odpocząć zbrodniarzom i ich pogromcom, a za dwa tygodnie spotkamy się przy lekturze nowego cyklu. Dzisiaj jeszcze nie zdradzę Wam jego założeń, ale szykujcie się na coś bardziej ogólnego i bieżącego.

Zatem… drodzy literaturożercy: do zobaczenia!

[1] J. Alex, Śmierć mówi w moim imieniu, Wrocław 2011, s. 71.

Reklamy

4 thoughts on “Reflektorem w mrok. Część szczęśliwie trzynasta i nieszczęśliwie ostatnia. W duecie raźniej.

  1. Moja ulubiona klasyka detektywistyczna. 🙂 Ale o dziwo, nigdy nie myślałam o nich jak o parze , choć gdy tak to przedstawiliście, to fakt. Zresztą to wygodny sposób pokazywania rozumowania – już od czasów Sherlocka Holmesa. 🙂 Gratuluję serii!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s