Recenzja filmu „Agora”

Dawno już nie recenzowaliśmy żadnego filmu – pora najwyższa zaległość  tą nadrobić. Zapraszamy Was do przeczytania naszej klasycznej, podwójnej 😉 recenzji „Agory„. Tym razem obraz współczesny, względnie świeży, ale już wkrótce… skrobniemy o czymś archiwalnym ;-).

„Agora” to historyczny romans (ze wskazaniem na historyczny), przenoszący nas do Alexandrii, prosto w sam środek tumultu wywołanego starciem pogan i chrześcijan.

„Agora”

D.: Na ten film trafiliśmy, rzec można, przypadkiem. Każde z nas oczekiwało po nim czegoś innego. Jak przez mgłę pamiętam trailer widziany ileś miesięcy wstecz, kiedy jeszcze „Agora” szturmowała wielkie ekrany kinowe. Kojarzy mi się opowieść dynamiczna, wojenna niemal, przesycona epicką werwą i neogladiatorowym rozmachem. Iza ku „Agorze” skłoniła się w ramach wyrafinowanego układu wiązanego – gotowa przecierpieć owe epickości i historyczną dramaturgię celem narzucenia kolejnego obrazu do wspólnego przetrawienia. I co? Oboje daliśmy się zaskoczyć zarówno reżyserowi (Alejandro Amenábar), jak i marketingowcom, bowiem „Agora” jest historią z całkowicie innej beczki: niesamowicie wysmakowaną wizualnie, pieczołowicie skonstruowaną fabularnie, a zarazem pouczającą. Nade wszystko nie jest jednak kolejnym klonem „Gladiatora”, a jeśli już miałbym szukać bliskiego odniesienia to przywołałbym na myśl może „Cienką, czerwoną linię”, choć – dzięki Bogu! – film z 2009 roku jest znacznie przystępniejszy dla każdego bez mała widza.

I.: Wszystko to prawda – podpisuję się wszelkimi kończynami, jakie posiadam 😉 Myślę, że jednym z wabików, który powoduje, że od obrazu ciężko się oderwać, jest dość uniwersalna, pojemna tematyka. Otóż z jednej strony mamy bohaterkę, Hypatię z Aleksandrii, matematyczkę i filozofkę, niezwykle silną osobowość. Jej losy (a właściwie ostatnie lata życia), w tym określająca je nieodparta potrzeba wiedzy i poznania natury rzeczywistości, splatają się z rozwojem chrześcijaństwa. W fabule „Agory” pojawia się historia, nauka, religia, a nawet… miłość. Innymi słowy, każdy znajdzie tu coś dla siebie. Inna sprawa, że przedstawiając – choćby fragmentarycznie – biografię jednej z najbardziej znanych badaczek starożytnych, należałoby się pokusić o… trzymanie się historycznej prawdy. Choćby w zakończeniu filmu, a więc w scenie śmierci Hypatii. Finał, choć poruszający i niezmiernie sugestywny (celowo nie piszę jaki, bo… może jeszcze nie oglądaliście „Agory”), jest jedynie wymysłem scenarzystów. W rzeczywistości, bohaterce wyłupiono oczy i zabito ostrakonami, po tym jak wywleczono ją z powozu przed kościołem Caseareum i zdarto z niej ubranie. Pytanie zatem, czy filmowcy powinni przekłamywać fakty jedynie w celu… no właśnie… jakim? Wbudowania na siłę w losy Hypatii wątku miłosnego? Bo przecież to, co ją spotkało naprawdę, było równie „widowiskowe”, jak to, co ukazano w filmie.

D.: Tutaj należy się odrobina poparcia dla reżysera. Niestety – lub stety, w zależności od perspektywy – film rządzi się swoimi prawami. A większość tych praw sprowadza się do zadowalania widza, który musi kupić bilet, popcorn, a później płytę dvd, aby nakłady się zwróciły. Co lubią widzowie? Chyba na pierwszym miejscu są nadal historie miłosne. Uwielbiamy oglądać damsko-męskie potyczki z happy endem. Tego ostatniego tutaj zabrakło, co i tak jest wielkim wyróżnikiem filmu. Ile znamy dzieł, w których główny bohater / bohaterka traci życie? Zresztą, gdybyśmy ułożyli listę cech typowej, amerykańskiej produkcji filmowej, to „Agora” nie załapałaby się na zaskakująco wiele punktów. Jeden już mamy: śmierć głównej bohaterki, ale idźmy dalej tym tropem. Hypatia ginie bez pożytku, a to przecież takie nieamerykańskie. Hollywood dopuszcza wyjątek od zasady numer jeden (happy end na wszystkich frontach) pod warunkiem, że śmierć bohatera jest świadomym poświęceniem i dzięki niej tzw. ogół zyskuje więcej niż traci. Tutaj tego nie ma. Wszystkie idee, w które wierzyła Hypatia i dla których skłonna była się poświęcić, rozpadają się w proch i pył. Biblioteka Aleksandryjska ginie i to po raz wtóry. Wiedza starożytnych mędrców przepada z dymem. Na cztery wiatry rozwiewają się antyczne porządki, na których oparta była odchodząca do historii cywilizacja. Przypomnijmy, że „Agora” przenosi nas do Aleksandrii na początku piątego wieku naszej ery. Rzymskie Imperium chyli się ku upadkowi, ledwo kilka lat wcześniej uległo podziałowi na zachodniorzymskie i Bizancjum. Stary Rzym jest już nie do uratowania, Konstantynopol chwile chwały ma jeszcze przed sobą. Budowa silnego ośrodka chrześcijańskiego w Aleksandrii to wielki triumf chrześcijaństwa, które na mocy edyktów Teodozjusza, ostatniego wspólnego cesarza obojga rzymskich państw, stało się religią państwową. Zniszczenie ogniem i mieczem resztek pogańskiej Biblioteki Aleksandryjskiej to coup-de-grace, które przyśpieszyło upadek ancien regime‚u. Dodajmy jeszcze, że na zasadzie paradoksu, właśnie Aleksandria stała się stolicą jednego z czterej najważniejszych centrów świata chrześcijańskiego (obok Rzymu, Bizancjum i mniej znanej w tym gronie Antiochii). Nim miną dwa wieki, miasto Ptolemeuszy upadnie po raz kolejny, by raz jeszcze przejść religijną rewolucję, tym razem pod zielonym sztandarem Proroka i islamskich zastępów. Hypatia jest więc ostatnią przedstawicielką gatunku, dla którego później już zabraknie miejsca. Jej śmierć to symbol upadku, beznadziejności oporu jednostki przeciwko bezwzględnemu walcowi historii. Hollywood nie lubi takich historii, bo i widzowie za nimi nie przepadają. Nijak nie da się w nie wpleść amerykańskiego hymnu… lub jakiegoś jego odpowiednika.

I.: Tym bardziej, że postawa Hypatii zdaje się przeczyć powszechnemu dziś optymizmowi, że jeśli tylko się chce, wszystko można pogodzić: mieć ciastko i zjeść ciastko. Współczesna heroina nie byłaby tak nieugięta; próbowałaby może nieco się nagiąć albo – jeszcze mniej chwalebnie – oficjalnie udać religijne zaangażowanie. Ale nie Hypatia! Pogodzona ze swoim losem, wie, że wartości, które wyznaje i to, co oferuje chrześcijaństwo, to… zupełnie inna bajka. Poświęcenie się nauce nie może prowadzić do oddania się Bogu (szczególnie, że ci, którzy w Niego wierzą, w zdecydowanej większości mają jej badania za pogańskie rytuały). Dodajmy w tym miejscu, iż los astronomki tak by nas nie poruszał, gdyby nie świetna rola Rachel Weisz…

D.: Kolejny punkt, w którym „Agora” odstaje od normy to sam sposób konstrukcji filmu. Relacja fabuły, obrazu i dźwięku. Mało dialogów, nienaprzykrzająca się, ale bardzo znacząca muzyka w tle, mnóstwo statycznych lub niemal-statycznych ujęć przeplatanych z umiarkowanie dynamicznymi kadrami oraz… last but not least… niezwykłe ujęcia… Ziemi z kosmosu. To ostatnie rozwaliło mnie totalnie. Jeszcze się nie spotkałem w filmie historycznym z taką sztuczką, ale przyznam, że wyjątkowo mi się spodobała: przeciwstawienie zgiełku rozpychających się kultystów z mroczną nieskończonością i cierpliwością kosmosu. Mniam! Moją prywatnie ulubioną sceną jest bardzo powolny najazd kamery: na pierwszym ujęciu widzimy naszą starą, dobrą planetę w pełnej okazałości, po czym nurkujemy powoli w głąb atmosfery, lądując na sam koniec pomiędzy burymi murami Aleksandrii. Mam nadzieję, że efekt ten nie stanie się standardem, bo co za dużo to nie zdrowo, ale bardzo doceniam, że się pojawił. Dobra, dosyć tego dobrego. Wspomniałaś o Rachel Weisz, myślę, że należy pociągnąć wątek ludzi, którzy stoją za realizacją „Agory”. Hypatia, a więc Rachel, to bez wątpienia najsilniejszy punkt obsady. Bardzo starałem się dostrzec w jej grze ślad przerysowania. Teoretycznie nie jest o to trudno w historii takiej jak ta: dumna heroina stawiająca czoło losowi wbrew wszystkiemu i wszystkim… a jednak, wydaje mi się, że stanęła na wysokości zadania, uniknęła śmieszności i nadmiernego spłaszczenia postaci.

I.: Oddajmy jednak sprawiedliwość pozostałym twórcom filmu, bo przecież nie samą Rachel Weisz „Agora” stoi. Mamy tu w końcu plejadę całkiem niezłych aktorów, może nie tych najbardziej kasowych (właściwie jak sobie co poniektórych przypomnę, to aż mam ochotę westchnąć z ulgą, że nie ich…): Max Minghella w roli Davusa, Oscar Isaac – Orestesa, Sami Samir – Cyryla. Moją uwagę szczególnie zwrócił Oscar Isaac – jego Orestes jest męski, uwodzicielski, a jednocześnie zaskakująco mało stanowczy. No i, przyznam ze wstydem, że na moją sympatię niewielki, maciupenieczki wpływ mogło mieć nieznaczne podobieństwo aktora do… Rufusa Sewella (choć głowy nie daję, że takowe istnieje ;-D). Co jeszcze? Nieźle wypada reżyseria (Alejandro Amenábar – istny człowiek renesansu: scenarzysta, reżyser, aktor, kompozytor i producent…), świetna jest też scenografia (Guy Hendrix Dyas znany z: „Incepcji”, „Indiany Jonesa i Królestwa Kryształowej Czaszki” czy „Elizabeth. Złotego wieku”) i muzyka (Dario Marianelli: „Jedz, módl się, kochaj”, „Pokuta” czy „Duma i uprzedzenie”). Ogółem, doborowa ekipa!

D.: I tym sposobem dotarliśmy do wniosków. „Agora” okazała się filmem spójnym, logicznym i wciągającym multimedialnie. To dobre widowisko, w którym znalazło się miejsce zarówno dla zaawansowanej technologii cyfrowej, porządnego aktorstwa, jak i… scenariusza z prawdziwego zdarzenia. Hollywood coraz usilniej stara się wypluwać filmy pozbawione bazy scenariuszowej, improwizowane i nakierowane na aktorską charyzmę. Tutaj tej charyzmy może zabrakło, ale nie stało się tak ze szkodą dla obrazu.

I.: Dodam jeszcze, że „Agorę” obejrzeliśmy na DVD w komforcie naszego mieszkanka. To z pewnością miało wpływ na pozytywną ocenę filmu. Nie możemy wykluczyć, że w kinie, w sytuacji kurczących się dóbr pierwszej potrzeby (popcorn i spółka), te sto dwadzieścia siedem minut filmu (reklam nie licząc) byłoby nam przetrwać znacznie trudniej. I kto wie, czy to, co ostatecznie uznaliśmy za zaletę obrazu Alejandro Amenábara, a więc powolne, wysmakowane tempo narracyjne, obudowane dźwiękiem i obrazem, ale pozbawione dynamiki, nie rozziewałoby nas na amen.

D.: Na szczęście „Agory” w kinach już nie uświadczymy, a więc i ryzyko niewielkie ;-). Uznajmy ją – dla pewności – za dzieło przeznaczone na małe ekrany i zarazem polećmy, bo jest warte obejrzenia.

Reklamy

6 thoughts on “Recenzja filmu „Agora”

  1. wczoraj widziałam kawałek w zasadzie końcówkę na canal+ albo hbo – jak zawsze przede wszystkim wkurza mnie fakt, że faceci nie chcą być lepsi poprzez kszatałcenie a poprzez zabijanie najlepszych… ale to taka mała feministyczna dywagacja…

    • też mieliśmy takie odczucie co oznacza, że film jest w jakimś stopniu profilowany 😉
      ale, swoją drogą, coś w tym jest, tyle że nie dotyczy tylko mężczyzn: generalnie ludzie głupi chcą być lepsi przez likwidację konkurencji. Tak było, jest i będzie… niestety ;-(

    • przeczytaliśmy, dzięki za linka
      w paru punktach się nie zgadzamy, recenzujemy od trochę innej strony i na inne detale zwracamy uwagę, ale co do paru spraw masz bezwzględnie rację: w Agorze nie ma głębi ani wielowymiarowości, jest zderzenie gotowych wzorców, droga na skróty – rodzaj pojedynku dwóch gladiatorów. Po jednej stronie ringu stoi Religia (wygwizdywana, źle ubrana), po drugiej Filozofia (ulubieniec publiczności). Ale my to złożyliśmy na karb trwającej właśnie reformacji. Spojrzeliśmy na to także z perspektywy widzów Quo Vadis, którzy przyzwyczajani bywają do całkowicie innych wniosków. Tak czy siak, nie zaszkodziłoby gdyby fabuła była bardziej skomplikowana pod tym względem.

      widzimy, że „Agorę” oceniłeś wyżej niż „Incepcję”. Gdyby Ci się chciało, to znajdziesz reckę tego filmu także u nas ;-). Chyba tutaj jesteśmy jeszcze bardziej zgodni, choć pewnie z perspektywy czasu pewne rzeczy napisalibyśmy inaczej. Jak zwykle 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s