Naftalinowa recenzja: „Szarada”

Dzisiaj, po raz drugi, odpalamy nasz naftalinowy cykl recenzencki. Po inauguracji, która upłynęła pod znakiem „Drużyny A„, pragniemy Was zainteresować filmem z 1963 roku – „Szaradą”.

 „Szarada” uchodzi za dzieło kultowe. Zebrała wprawdzie tylko jedną godną polecenia nagrodę (BAFTA dla Audrey jako najlepszej aktorki brytyjskiej), ale naprawdę jest warta uwagi. My „Szaradę” oglądaliśmy kilka razy i z pewnością będziemy do niej wracać. Audrey Hepburn, Cary Grant i spółka to argument nie do zbicia, ale nie jedyny…

Zapraszamy do lektury naszej recenzji podwójnej, a więc zapisu naszej dyskusji na temat filmu:

Darek: Jestem dziwnym człowiekiem. Prawdopodobnie urodziłem się z genetycznie zakodowaną niezdolnością padania na kolana przed celebrytami i celebrytkami, nie potrafię w sobie też znaleźć odpowiednich pokładów miłości wobec ekranowych wyjadaczy. Jest jednak pewien mroczny wyjątek od tej reguły: Audrey Hepburn. Po namyśle muszę dodać, że jest jeszcze połówka wyjątku zaksięgowana w mojej głowie pod nazwą Elizabeth Taylor, ale to już inna historia i inna bajka. Wróćmy do Audrey. Ta diamentowej urody aktorka, którą na pierwszy rzut oka posądzilibyśmy o najdoskonalszą, najbardziej błękitną na świecie krew arystokratki, zagrała w szeregu kultowych dzieł… Stop! Nie lubię tego określenia. „Kultowość” kojarzy mi się z zaćpanymi, mocno pocącymi się dinozaurami polskiego rock’and’rolla wyjącymi jak syreny okrętowe we mgle i chrypiącymi coś o niemożności zejścia ze sceny, natomiast filmy z Audrey podobać się mogą bez jakichkolwiek wspomagaczy (i bez mgły). I niemal każdemu. Weźmy „Śniadanie u Tiffany’ego”, „My Fair Lady” czy choćby… no właśnie: „Szaradę”. Trzy celuloidowe obrazy, które każdy wielbiciel kina widzieć po prostu powinien. Dla własnej, bezwzględnie stuprocentowej satysfakcji. My niedawno odświeżyliśmy sobie „Szaradę”. Po raz, który? Trzeci? Piąty? Dziesiąty?

Iza: … i mimo że znaliśmy zakończenie – wiedzieliśmy więc, kto okaże się Dylem-mordercą i gdzie mąż-nieboszczyk ukrył skradzione pieniądze – i tak świetnie się bawiliśmy i czuliśmy dreszczyk podekscytowania. Na nowo sprawdzaliśmy, czy wszystko trzyma się kupy, czy przeciętny widz ma szansę wpaść na finałowe rozwiązanie jeszcze przed końcowymi napisami. I, jak nieskończoną ilość razy wcześniej, doszliśmy do wniosku, że jest to jeden z lepiej skonstruowanych filmów. Mało tego, nie tylko pamiętaliśmy fabułę, ale i co lepsze kwestie: kuriozalne, inteligentne, pomysłowe. Po prostu perełki! Po raz nie wiadomo który daliśmy się uwieść i Audrey (oboje), i Cary’emu Grantowi (to z nas, które chadza w spódnicy), i samej „Szaradzie”.

D.: Zwróciłaś uwagę na bardzo ważny element „Szarady”, właściwy wielu filmom starej daty: dialogi. Niby wszystko jasne, ale pozwolę sobie pomęczyć ten temat przez chwilę. Zastanawiam się – zawsze przy okazji obejrzanych klasyków celuloidu – co się właściwie porobiło z… rozmowami. Współczesne kino przyzwyczaiło nas do gadek banalnych, oczywistych, przezroczystych. Dobre teksty się zdarzają, owszem, a jeśli już, to często radują nas wulgarnością odmienioną na sto sposobów. „Szarada” udowadnia, że da się inaczej. Dyskusje pomiędzy Reginą Lampert (a więc bohaterką graną przez Audrey) i Peterem Joshuą / Alexandrem Dylem / Adamem Canfieldem / Brianem Cruikshankiem (Cary Grant) to prawdziwe majstersztyki: doskonale ironiczne i inteligentnie komiczne, perfekcyjnie wyważone, smakowite jak muffinki z ulubionej cukierni. Niektóre z nich najlepiej smakują w wersji angielskiej, bez tłumaczenia. Weźmy chociaż taki krótki fragmencik:

Adam Canfield: Wow, when you come on, you come on, don’t you?

Reggie Lampert: Oh, come on!

Albo jeszcze inny, który dla ułatwienia postaram się przetłumaczyć:

Peter Joshua: Why do you think Tex did it? [Dlaczego uważasz, że Tex to zrobił?]

Reggie Lampert: Because I really suspect Gideon and it’s always the person you don’t suspect. [Ponieważ tak naprawdę podejrzewam Gideona, ale winna jest zawsze ta osoba, której się nie posądza.]

Peter Joshua: Do women find it feminine to be so illogical, or can’t they help it? [Czy kobiety uważają, że bycie tak nielogicznymi jest kobiece, czy nie są w stanie nic na to poradzić?]

I tutaj dochodzimy do ważnego aspektu dialogów. Są cholernie seksistowskie. Nie w takim ujęciu, do jakiego dzisiaj przywykliśmy. Raczej w takim, który gotowi jesteśmy pokochać mimo całej politycznej poprawności. Dyskusje pomiędzy Audrey a Carym są niczym partia szachów pomiędzy ideami klasycznej męskości a równie klasycznej kobiecości. Dlatego są uszczypliwe, momentami złośliwe. Przypominają przeciąganie liny, podchody wojenne. Ale… mimo wszystko, nie słyszałem by jakakolwiek feministka sugerowała palenie na stosie dvd z „Szaradą”.

I.: Bo, wbrew pozorom, to nie przeszkadza aż tak bardzo. Przede wszystkim za sprawą po pierwsze, rzecz jasna, głównej bohaterki, po drugie, czasów, w których rozgrywa się opowieść. Wszakże już od pierwszych chwil, kiedy poznajemy Reginę Lampert, wiemy, jaką jest kobietą – nieszczęśliwą w małżeństwie, a co za tym idzie (dla niej wniosek całkowicie logiczny) szukającą kolejnego męża. Jak sama mówi, była tłumaczką, lecz gdy wyszła za pana Lamperta… porzuciła pracę. To taka kobieta w starym stylu, wymagająca od męża luksusów, a przynajmniej życiowego komfortu, a w zamian oferująca mu… siebie. Przez cały czas trwania małżeństwa nie dziwi jej to, że nie poznaje rodziny „ukochanego”, ba, nawet nie wie, czy ta istnieje! Domyśla się, że jest notorycznie oszukiwana i nic z tym nie robi… Ot, taka kobieta wychowana do bycia żoną. Mimo że przecież inteligentna i błyskotliwa.

D.: Nie da się ukryć, że grana przez Audrey bohaterka zupełnie nie przypomina heroin, w które z takim upodobaniem wcielają się współczesne aktorki pokroju Angeliny Jolie. A Cary Grant? Przyznam, że facet jest rzeczywiście przystojny, ale oczywiście muszę się powtórzyć: w starym, dobrym stylu, a więc bez metroseksualnych (czy wręcz homoseksualnych) podtekstów.

I.: Zresztą, przepraszam, że się wcisnę, w starym stylu, ale i sam jest już nieco starszawy – co zostaje przecież podkreślone choćby poprzez kwestię różnicy wieku między bohaterami. Bez ufarbowanych włosów, z pasemkami siwizny, ze zmarszczkami. Dojrzały, jak dobre wino.

D.: Dojrzały, ale nie przedojrzały, bowiem grany przez Cary’ego bohater (celowo nie używam imienia, bo tych ma wiele) to chłop na baby, ale i wyrachowany cwaniak. Taki, który dobrze czuje się w samym sercu wielopiętrowej intrygi i który za wszelką cenę chce być tym, który nie tylko przetrwa, ale i przetrwa zwycięsko. Summa summarum, okazuje się jednak rycerzem jasnej strony mocy, aż nazbyt silnie zakotwiczonym w strukturach szeroko rozumianego dobra – w szczegóły się nie wdaję, aby nie zdradzić zakończenia. „Szarada” to starcie dwóch typów postaci: niesamowicie kobiecej Audrey, z jej wielkimi, sarnimi oczami, które zdają się wrzeszczeć na cały świat „jestem niewinna, samotna i proszę, przytul mnie!” z Carym, eleganckim, wyrafinowanym i skrytym twardzielem, być może nawet jakimś archetypem rodziny Jamesów Bondów (do Pierce’a Brosnana włącznie, Craiga z tej listy wyłączmy). I tak naprawdę, to właśnie relacje pomiędzy nimi są osnową filmu. „Szaradę” ogląda się dla błyskotliwych potyczek pomiędzy tym dwojgiem, fabuła natomiast schodzi na plan drugi. A może nawet trzeci, gdyż drugą lokatę oddałbym pozostałym aktorom, pośród których pojawia się kilku naprawdę wartościowych.

I.: Potyczki słowne są rzeczywiście najlepsze 😉 Aktorzy doskonali (wspomniana dwójka plus późniejszy zgryźliwy tetryk Walter Matthau, Britt z „Siedmiu wspaniałych” – James Coburn czy major Max Armbruster z „Parszywej dwunastki” – George Kennedy). Ale i fabuła jest niczego sobie. Nie wiem, czy bym ją umieściła aż na trzecim miejscu… Może ex aequo na drugim? W porównaniu ze współczesnym kinem akcji w stylu „zabili go i uciekł” (co nie znaczy, rzecz jasna, że nie ma chlubnych wyjątków ;-D), prostym, schematycznym, tak, że już na początku znamy zakończenie, „Szarada” wypada nie najgorzej. Nawet powiedziałabym, że wypada bardzo dobrze! Jest błyskotliwa, zaskakująca, trzyma w napięciu – i to bez niezliczonej ilości efektów specjalnych.

D.: Swój udział miał w tym reżyser – Stanley Donen – na którego tablicy osiągnięć znajdziemy kilka innych, dość szczególnych pozycji. Weźmy chociaż „Siedem narzeczonych dla siedmiu braci”, „Niedyskrecję” (z Ingrid Bergman!) czy najsłynniejszą z całej kolekcji „Deszczową piosenkę” (Gene Kelly!). Donen parokrotnie współpracował z Audrey. Oprócz „Szarady” wspólnie działali przy „Zabawnej buzi” (z Fredem Astaire) czy „Dwojgu na drodze” (z Albertem Finneyem – pamiętacie „Morderstwo w Orient Ekspressie”? Jeśli tak, to pamiętacie także charyzmatycznego Herculesa Poirota, a więc właśnie jego…). Jego ścieżki przecinały się także z tropami Cary’ego Granta. Oprócz „Szarady” i „Niedyskrecji”, obaj panowie spotkali się na planie „Cudze chwalicie, swojego nie znacie” i „Urlopie na lądzie”. Donen otarł się o Franka Sinatrę („Na przepustce”), Roberta Mitchuma („Cudze chwalicie…”), Elizabeth Taylor („Love is better than ever”), Sophię Loren i Gregorego Pecka („Arabeska”), Raquel Welch („Dusza na sprzedaż”) czy Demi Moore i Michaela Caine’a („Te cholerne Rio”). Uff… długa lista. Jedno jest pewne: facet nie jest przypadkowym turystą w autobusie nazwanym „kino”! A wracając do tego, co napisałaś o fabule – zgadzam się, mamy tutaj przykład dobrze skleconego scenariusza, który zrobiłby duże wrażenie także jako powieść kryminalna. Intryga jest nieprzewidywalna, kilkukrotne zwroty akcji powodują spore zamieszanie, a krwawe morderstwa… mają wydźwięk nieco komiczny, który powoduje, że klimat utrzymuje się na łagodnym poziomie. Jest co polubić.

I.: Na koniec wspomnę jeszcze, że „Szarada” została nie tak dawno temu… ekranizowana ponownie. Jonathan Demme (reżyserował między innymi „Milczenie owiec” i „Filadelfię”) popełnił w 2002 roku film o tytule „Prawda o Charliem”. Tym razem zabrakło gwiazd pierwszej jasności w obsadzie (Mark Wahlberg się nie liczy, prawda?), sam scenariusz okazał się również słabszy. Bez błyskotliwych pogaduszek Audrey i Cary’ego, nowa „Szarada” okazała się nudna i zwyczajnie pozbawiona sensu. Ot, krótka opowieść o niczym, wyreżyserowana z przymrużeniem oka i zagrana bez tego „czegoś”.

D.: Słowem: klasyka najlepiej sprawdza się w wydaniu klasycznym. „Szarada” to mocna pozycja. Jeden z tych filmów, które nie zestarzały się nawet o jotę.

I.: Dokładnie! A zatem… polecamy?

D.: Polecamy!

Advertisements

12 thoughts on “Naftalinowa recenzja: „Szarada”

  1. Jej! ten Wasz naftalinowy cykl recenzji, przynajmniej tutaj, o „Szaradzie” czytało mi się z wielką przyjemnością i zainteresowaniem. Audrey to jedna z moich ulubionych aktorek z lat dzieciństwa. Dzisiaj mało jest jej pokroju akotorek lub aktorów, takich którzy grają „całą/-ym sobą”, no może, (choć bardzo subiektywnie to mówię) dziś A. Hopkins chyba ma jako jeden z nielicznych taki dar, że jak pojawia się na ekranie to pochłania sobą i swoja grą totalnie. Jego spojrzeń, mimiki twarzy, tonu głosów, sposobu operowania ciałem – nie da się zapomnieć.

    A z większością remaków jest tak, że daleko im do oryginałów, więc choć nie widziałam tego z 2002 roku, nie dziwi mnie opinia, że jest nudny.

    • zapraszamy zatem do odcinka pierwszego i kolejnych, które zapewne nastąpią… jak tylko obejrzymy coś godnego uwagi 😉

      z Audrey sprawa jest niezwykła, gdyż podoba się nam obojgu – piszącemu te mnie, facetowi, jak i Izie, mojej żonie. Co ciekawe, jesteśmy dojść do porozumienia z tą fascynacją ;-).

      Hopkins faktycznie, daje radę. Przyjemnie się go ogląda, bo facet potrafi grać. Sądzę, że nieźle radzi sobie także Al Pacino i garstka ludków z ich pokolenia. Stara gwardia. Młodzi nawet dykcji nie mają. Niektórzy pewnie nie słyszeli w ogóle co to jest…

      • Al Pacino rzeczywiście miał kilka niezłych ról, w których mógł się wykazać tym, co potrafi. Co do młodego pokolenia aktorów, cóż… ja może bym aż tak bardzo go nie skreślała. Problem w tym, że jeśli mowa o tym „wielkim ekranie” nie mają naprawdę ciekawych propozycji ról.

        • coś w tym jest – mniej teraz szans na zaistnienie, zwłaszcza, że mniej jest ciekawych scenariuszy. Odnoszę wrażenie, że w największych bieżących hitach scenariusze piszą się same – nie stoi za nimi jakaś „szara eminencja” – ktoś ze smakiem, polotem i pomysłem. A szkoda…

          • Bo teraz, no może nie całkiem teraz bo już od dłuższego czasu, kiedy tzw. „wielkie kino” mocno idzie za zapachem $$$ to niestety producenci zabierają jako pierwsi i jako ostatni głos. Stąd dzieje sie tak, że wiele filmów, które w projektach są interesujące niestety w zderzeniu z producentami i ich wymogami i „płaszczeniem” się przed masowym rynkiem i łechtaniem gustów masowego odbiorcy, leceniem po płyciźnie, spłacaniem i podawaniem wszystkiego na tacy wychodzi słabo, albo gorzej niż słabo. Mi utkwił w pamięci wywiad z Lemem, który mówił, że on nie lubi oglądać filmów, które teraz są robione bo producenci tak umaczają palce, gromada scenarzystów tak wszystko co cenne obdłubie np. dobrą powieść na podst. której jest robiony film, że wychodzi coś kompletnie dennego. Niestety muszę się z Lemem zgodzić i dlatego zawsze kiedy mowa o ekranizacji dobrej powieści myślę sobie na jakie spsooby to spalą. Ja z tytułów tych „wielkich” mogę policzyć na palcach jednej dłoni tytuły, które utkwiły mi w pamięci. Cóż, to chyba nie czasy „szarych eminencji”, przynajmniej zza oceanem, tam jak nigdy dziś trzeba iść na wielkie ustępstwa aby coś poszło

          • pamiętam, że kiedyś Lynch bardzo się skarżył na Diunę. Podobno producent mieszał się mu do niemal każdej sceny i koniec końców, Lynch nie chciał się podpisać pod filmem. To jest zderzenie kina autorskiego i kina fabrycznego. Dominacja efektów specjalnych nad narracją i klasycznym obrazem, rozumianym jako kadr, kompozycja itd powoduje, że o wszystkim decydują pieniądze. Producent, który ma wydać 100 milionów na film, prędzej zaufa grupie ekspertów od marketingu, którzy powiedzą mu co w filmie powinno się pojawić a co nie, niż wizjonerowi. Kino autorskie odchodzi w niepamięć, spychane jest do rezerwatu małych obrazów. Za chwilę wielcy twórcy lub twórcy z ambicjami będą robili tylko i wyłącznie kino społeczne, obserwacje lokalnych społeczności, ewentualnie jakieś offowe eksperymenty, a cały mainstream zostanie zdominowany przez przezroczystych wykonawców producenckiej woli. Weź takich reżyserów jak Luc Besson czy James Cameron: tacy jak oni uchodzą teraz za geniuszy, a ja się pytam gdzie ten geniusz widać? Na czym on polega? Ale nie ma co narzekać, takie czasy, takie kino 😉

  2. Ale ja widzę pewien paradoks, i oprę się tutaj na tytułach z gatunku horror. Od lat jednym z kultowych, klasyków horroru jest np. „Hellraiser” film zrobiony od a do z przez Clive;a Barkera. Zrobił go za 1 mln $ a zarobił wtedy 100 mln $… i był to rok bodajże ’89. Film nakręcony bardzo prosto, a mimo to przeszedł do historii gatunku, jest kultowy, każdy do niego wraca a kilka scen z niego przeszło do historii kina. Dalej, wszyscy maniacy horrorów znają Barkera i popełnił już nie sam, ale z odrębnymi producentami kilka innych tytułów – i sam mówił, że miał dość bo spychają obraz na dno intelektualne. Pytam się teraz, po co? Wcale przeciętny widz idący do kina nie jest debilem intelektualnym. Problem w tym, co już lata temu, jeden z jawnych przeciwników kina współczesnego, wspominany wczesniej Lem mówił: specjaliści od PR-u, kiedy rodziła się ta branża – widziano w nich tych, którzy beda serwowali nam to co najlepsze i tych najlepszych. Tymczasem promuja „filmowe belzebuby”. Co do panów Camerona czy Bessona… moim zdaniem to nazwiska bardziej wypromowane na wielkich rezyserów niż nimi będących i bardziej będącymi reżyserami filmów „przełomowych czy kultowych” w danym czasie.

    • podobnie rzecz się miała z Blair Witch Project. Nie byłem wielkim fanem tego obrazu, ale muszę przyznać, że jedynka potrafiła zaciekawić – jeśli nie samą treścią, to formą sprzedaży. Dwójka natomiast, realizowana w całkowicie innych realiach, była już filmem z innej półki i na tyle przeciętnym / standardowym, że właściwie nie było większego sensu jej oglądać. Spece od PR są różni, a obecne zapotrzebowanie (często fałszywe) na ich usługi jest tak wielkie, że zajmują się tym ludzie bez wyobraźni, tacy, którzy po prostu ukończyli uczelnie i tyle. Zmienił się także biznes. Wielkie wytwórnie filmowe mają rozległy akcjonariat i fajnie na corocznym sprawozdaniu wygląda stwierdzenie, że wynajęto wyspecjalizowaną firmę do działań PR. Akcjonariusz to kupi szybciej niż wiarę w dobry gust prezesa. Albo – jeszcze trudniej – reżysera. Ci ostatni zresztą, albo stają się organizatorami pracy na planie – już nie tworzą dzieła, ale pilnują by poszczególne elementy trafiły na swoje miejsca wedle schematów określonych przez „górę”, albo są spychani na bok. Produkcja filmów ma charakter przemysłowy, a więc bardziej liczy się standaryzacja, powtarzalność, modułowość niż indywidualne umiejętności. Do zarządzania geniuszami trzeba geniuszy, do zarządzania kupą średnio utalentowanych rzemieślników wystarczają inni średnio utalentowani rzemieślnicy.

      • Blair Watch Project 1 miał siłę – bo był zrobiony po prostu w formie dokumnetu, eksperymentu – i celował w to, co nas widzów może poruszyć, przestraszyć i wywrzeć wrażenie – ale od środka na prawdziwych emocjach szturhając w nie ciszą, ciemnością, ruchem kamery, prostotą itp. Dalsze części – niestety w komerchę poszły i masz rację to nie to samo.
        Ja to już jestem ciekawa tylko jednego, co będzie z kinem? Idąc w efekciarstwo kino przestanie w pewnym momencie być już kinem…

        • idzie w stronę Avatarów ;-). Avatar to i tak spory krok od czasów Final Fantasy, pierwszego filmu fabularnego stworzonego w całości w komputerze. Ale… zarazem ślepa uliczka. Robi się z tego wyścig zbrojeń, trochę jak w aparatach fotograficznych: że niby im więcej pikseli tym lepiej, im większy zoom cyfrowy tym lepiej, a ludzie się w czoła pukają 😉

  3. Oby tylko kino nie utknęło w tej „avatarowej uliczce”, bo to jednak będzie taka „gra komputerowa” na wielkim ekranie. Miejmy nadzieję

    • obawiam się, że utknie
      ale na pewno będzie co oglądać… avatary nie zajmą ekranu w 100%, zawsze znajdzie się miejsce na alternatywę. No i, jak to na rynku, jak się cyfra przeje, to lud zakrzyknie o coś niecyfrowego 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s