Wywiad z Piotrkiem Rogożą

10 kwietnia bieżącego roku Gildia Literatury opublikowała nasz wywiad z Piotrkiem Rogożą (dostępny jest TUTAJ). Konsekwentnie uzupełniamy zasoby blogowe, więc dzisiaj wywiad trafia także na Onibe 😉

Piotr Rogoża to twórca młodego pokolenia – rocznik 87. Fajnie pisze, ma naprawdę ciekawe, nietuzinkowe pomysły i nie waha się ich używać 😉

Zapraszamy do lektury:

Wywiad z Piotrkiem Rogożą

Darek Barczewski: Jacek Dukaj debiutował w wieku 16 lat, Tobie udało się to nieznacznie później, bo w ramach prezentu na osiemnastkę, ale za to zaliczyłeś prawdziwe wejście smoka, rzucając na rynek niemal od ręki dwie powieści. Kiedy zacząłeś się przygotowywać do tak imponującego debiutu?

Piotrek Rogoża: Uściślijmy. Debiutowałem istotnie jako osiemnastolatek, ale opowiadaniami w „Nowej Fantastyce” i „Czasie Fantastyki”. Książki pojawiły się prawie trzy lata później. Rynek wydawniczy ma to do siebie, że cechuje się pewnym bezwładem, teksty muszą swoje odleżeć, zanim przemielą je redakcyjne tryby. Czekając na publikację pierwszych opowiadań, zacząłem więc pisać powieść. No i kolejne opowiadania, część wysyłałem redaktorom, szybko też wymyśliłem, że niegłupim pomysłem będzie zbiorek krótkich form. To, że „Po spirali” i „Rock’n’roll, bejbi!” ukazały się niemal jednocześnie, to właściwie dzieło przypadku. Przesuwanie terminów to inna charakterystyczna cecha rynku książki, powieść złapała opóźnienie, zbiorek z kolei ukazał się wcześniej, niż pierwotnie planowano – i wyszło podwójne uderzenie. Mojego zamysłu w tym nie było.

D.B.: Młody wiek był przeszkodą czy ułatwieniem w forsowaniu wydawniczych murów?

P.R.: Nie mnie to oceniać. Na pewno nastoletni autor jest swego rodzaju ciekawostką, ta młodość może stać się jakąś od biedy wartością dodaną. Być może młody wiek pomógł mi w ten sposób, że zwyczajnie nie zdawałem sobie sprawy, na co tak naprawdę się porywam. Teksty wysłane redaktorowi Parowskiemu były jednymi z pierwszych opowiadań, które w ogóle napisałem, wcześniej rzadko udawało mi się dociągnąć jakiś pomysł do końca. Nie terminowałem, pisząc latami do szuflady. Z jednej strony można więc uznać taki debiut za sukces, z drugiej – na tych opublikowanych tekstach dopiero uczyłem się pisania. Chyba tylko sentyment sprawia, że na ich widok nie słabnę z zażenowania.

D.B.: Początki bywają… szczególne, ale akurat Ty chyba nie masz powodów do wstydu. Każdy świadomy twórca jest zmuszony do dopieszczania swoich dzieł, ale niektórzy popadają w skrajność zwaną perfekcjonizmem. Dostrzegasz u siebie dolegliwości wskazujące na tę jednostkę chorobową? 😉

P.R.: Nie, raczej nie. Jeśli na coś cierpię, to raczej na literacką prokrastynację. Czasem trwam tygodniami w twórczym bezruchu. Choć staram się z tym walczyć. Marzę o utrzymywaniu się wyłącznie z pisania.

D.B.: Skąd pomysł na… Cielęcin?

P.R.: W miasteczku, którego Cielęcin jest wykrzywionym odbiciem, mieszkałem przez większą część życia. Nasiąknąłem tym małomiasteczkowym absurdem, sfermentowało to gdzieś we mnie i powstały te teksty. Katalizatorem był pobyt na pobliskim poligonie sojuszniczych wojsk amerykańskich, ćwiczących przed wylotem na którąś turę do Iraku. Widok wielkiego, czarnoskórego marine, obwieszonego znanymi z telewizora zabawkami do zabijania, na którego wpadasz przed sklepem z bułkami, nie jest czymś, co pozostawia obojętnym. Wróciłem więc z pieczywem i z miejsca usiadłem do pierwszego opowiadania o Cielęcinie, „Zwykły był to poniedziałek”. Swoją drogą, akurat na ten tekst nie mogę dziś patrzeć, tak jest kiepski. Ale wydaje mi się, że generalnie miasto samo domagało się, abym o nim napisał.

D.B.: Niektórych te, wspomniane przez Ciebie, absurdy skłaniają do spakowania dobytku i ucieczki do większych miast lub… państw. Czy pisanie o symbolicznym Cielęcinie było dla Ciebie terapią zastępczą, alternatywą ucieczki? A może raczej dowodem na to, że czułeś się na swoim miejscu?

P.R.: Wiesz, koniec końców spakowałem manatki i się wyniosłem. Naturalna kolej rzeczy, piszesz maturę, jedziesz na studia. Ale mieszkając tam, czułem się jak najbardziej na miejscu, nadal zresztą chętnie wracam. Po kilku latach te małomiasteczkowe absurdy widzę jeszcze wyraźniej, notuję sobie zasłyszane historie. Jeszcze niedawno zarzekałem się, że literacko nie wrócę do Cielęcina już nigdy. Teraz wcale nie jestem pewien. Czuję, że są tam jeszcze czekające na słuchacza opowieści. Na pewno to opowieści innych bohaterów, innych konwencji.

D.B.: Ale duże i wielkie miasta też mają swoje absurdy. One Cię nie nakręcają twórczo?

P.R.: Oczywiście przestrzeń wielkomiejska jest również inspirująca. I też jest mieszkaniem dla niezliczonych absurdów. Na początku studiów napisałem nawet takie opowiadanie-żart, odpowiedź z przymrużeniem oka na „Święty Wrocław” Łukasza Orbitowskiego – „Nie-święty Poznań”. Dwa lata temu w „Nowej Fantastyce” poszło drukiem „Osiedle cudów: Skrawki”, w założeniu otwierające cykl takich mroczno-zabawnych miejskich opowieści. Dwa kolejne teksty, „Skorupy” i „Kości”, hibernują w postaci luźnych konspektów, na pewno kiedyś do nich przysiądę. Chciałbym w przyszłości złożyć zbiór tekstów krążących właśnie wokół miejskiej tematyki, mam szereg szkiców, jakichś notatek. To bardzo niesprecyzowane plany, taki niewyraźny majak gdzieś na horyzoncie. Roboczo nazwałem ten projekt „Traumapolis”, na dzień dzisiejszy ciężko mi powiedzieć, czy kiedykolwiek doczeka się realizacji. Mam zdecydowaną nadwyżkę pomysłów w stosunku do mocy przerobowych. A żeby zakończyć ten wątek dodam jeszcze, że obiecałem Maćkowi Parowskiemu opowiadanie rozgrywające się w przestrzeni ulokowanej na całkiem przeciwnym urbanistycznym biegunie, mianowicie w popegieerowskim osiedlu, gdzie czas najdosłowniej zatrzymał się w 1992 roku.

D.B.: Z Cielęcina droga krótka do… Klemensa i spółki. Fascynuje mnie geneza wesołej kompanii Kapitana Zło – gdzie wynalazłeś przepis na nich?

P.R.: Część kreatur wymyśliłem od zera, część jest wzorowana na znanych mi pedagogach, zapamiętanych z różnych etapów tzw. edukacji. Postać anglisty z innego wymiaru, Krysa Tryftonga, to z kolei prezent dla mojego kumpla i współlokatora, nauczyciela mowy szekspirowej właśnie. Również w Cielęcinie pojawiały się postaci mocno wzorowane na realnych osobach.

D.B.: A problemy z nadmiarem energii… pardon: vitalium, to również część znanej Tobie rzeczywistości? 😉

P.R.: Szczerze mówiąc, osobiście cierpię od dawna raczej na jego niedobory, chciałbym robić więcej, niż robię. Być może zaczęło się już Dziadzienie, a niestety nie mam takich możliwości, jak Kapitan Zło. Ale lata szkolne rzeczywiście wspominam jako okres, kiedy zapasy energii były niemal nieograniczone.

D.B.: Klemens i kumple doczekają się kontynuacji, czy jest to zamknięty rozdział?

P.R.: Brutalna prawda jest taka, że kwestię kontynuacji rozstrzygnie rynek. Jeśli pierwsza powieść spotka się z życzliwym przyjęciem, powstaną kolejne. Czytelnicy zdecydują portfelami. Ja sam chętnie wróciłbym do Klemensa, polubiłem go.

D.B.: Jaki czytelnik, Twoim zdaniem, najłatwiej odnalazłby się w lekturze „Klemensa i Kapitana Zło”?

P.R.: Grupa docelowa to dzieci i młodzież między dziewiątym a mniej więcej trzynastym rokiem życia. Ale myślę, że książka spodoba się też tym wszystkim, którzy za młodu pochłaniali powieści Niziurskiego, jednego z moich osobistych bohaterów. „Klemens” jest po części hołdem złożonym bodaj pierwszemu ulubionemu pisarzowi w moim życiu. Wreszcie, rozczarowany nie powinien być czytelnik lubiący po prostu książkę lekką, a przy tym mam nadzieję niegłupią. Pisząc, bawiłem się świetnie, mam nadzieję, że choć część tej frajdy spłynie na czytelników.

D.B.: Skąd pomysł na kooperację z Tomkiem Lwem Leśniakiem?

P.R.: To pytanie raczej do Kasi i Rafała Kosików z Powergraphu. Założenie od początku było takie, żeby powieść bogato inkrustować ilustracjami, najlepiej autorstwa uznanego artysty. Dla mnie osobiście fakt, że za stronę graficzną odpowiada Tomek jest o tyle wielki, że swego czasu jego „Jeż Jerzy”, obok komiksów Śledzia, był dla mnie absolutnym kultem w ciapki, pewnie tym, czym dla pokolenia wstecz przygody Tytusa de Zoo. Pokusiłbym się o ładne określenie wobec Tomka: „autor formatywny”. To, że jego ilustracje zdobią książkę mojego autorstwa, uważam za spore wyróżnienie.

D.B.: A propos komiksów… Leśniak odwiedził Cię w Twoim świecie. Nie myślisz o rewizycie na jego poletku? Duety scenarzysta-rysownik mają się dobrze od czasów teamu Gościnny-Uderzo, by wspomnieć choćby ekipę Leśniak-Skarżycki. A może zaskoczysz nas i objawisz kolejny talent, samemu rysując?

P.R.: Lepiej, żebym tego nie robił. A przynajmniej nikomu nie pokazywał efektów. Scenariusz komiksu napisałbym za to z wielką chęcią. Kiedyś zacząłem nawet taki projekt z zaprzyjaźnionym grafikiem, niestety rzecz umarła i raczej nie wstanie. Mój brat jest niesamowicie zdolnym rysownikiem, czasem zastanawiamy się, może kiedyś zrobimy coś razem? Sam rysowałem w paincie komiksy o Psychopatyku, gałązce z urojeniami, ale dla obopólnego dobra raczej nie zdecyduję się tego pokazać światu.

D.B.: Lubisz lawirować na granicy groteski i fantastyki, a do czego Cię ciągnie bardziej?

P.R.: Ciężko mi odpowiedzieć. Do fantastyki „gatunkowej”, opartej na kreacji świata przedstawionego, nigdy mnie szczególnie nie ciągnęło. Ale też raczej nie sięgałem świadomie po groteskę jako narzędzie, środek wyrazu. Być może moje miejsce jest gdzieś na tym pograniczu. Zresztą, wydałem dopiero trzy książki, mam dwadzieścia cztery lata, myślę, że jeszcze dużo za wcześnie na takie generalizowanie. Mam wiele pomysłów na kolejne teksty, bardzo zresztą różne, jak mówię, zdecydowanie więcej roi mi się w głowie, niż jestem w stanie wstukać w komputer. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. I gdzie się na tej literackiej mapie odnajdę, na jakim terytorium, za jakimi granicami.

D.B.: Literatura fantastyczna to rozległy świat. Rozważasz zwiedzenie go całego czy raczej planujesz, co najwyżej, rozpoznanie walką terenów w okolicy swojego „pogranicza”?

P.R.: Na pewno na dzień dzisiejszy nie interesują mnie obszary fantastyki, nazwijmy to, konwencjonalnej. Baśniowe krainy czy światy przyszłości nie pociągają mnie ani trochę. Historie, które dziś rodzą mi się w głowie, nie wymagają takich scenografii.

D.B.: To może, dla odmiany, czysty realizm?

P.R.: Absolutnie tego nie wykluczam. Myślę, że to tylko kwestia czasu. Tu również mam kilka pomysłów. Pomysły, pomysły. Czasem wzbiera we mnie chęć rzucenia w cholerę studiów i pracy zarobkowej ;).

D.B.: Masz już upatrzony „cel ostateczny” swojej twórczości? Wiesz już, jak powinno wyglądać to finalne, najlepsze dzieło, przysłowiowa kropka nad „i”?

P.R.: Debiutowałem jako licealista tekstami o nastolatkach. Studentem będąc, pisałem o sobie rówieśnych w „Osiedlu cudów” i wciąż nieukończonej powieści „Najnowsze przymierze”. Naturalną koleją losu będzie więc domknięcie kariery tekstami o tematyce emeryckiej, za lat kilkadziesiąt, już w bezpośredniej bliskości zgonu.

D.B.: Cóż, pozostaje zatem życzyć jeszcze wielu młodzieńczych tekstów, nim doczekamy się czegoś na miarę nowej, doprawionej cielęcińskimi klimatami „Pustelni parmeńskiej” a może nawet… „Czarodziejskiej góry”.


Reklamy

2 thoughts on “Wywiad z Piotrkiem Rogożą

  1. Rogoża, Rogoża… raczej nic nie czytałem, ale może nazwisko gdzieś mignęło? Niestety nie jestem na czasie… chyba warto zainteresować się pracami tego autora.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s