Naftalinowa recenzja: „Drużyna A” ;-)

Po kilku recenzjach względnie świeżych pozycji filmowych, postanowiliśmy sięgnąć do głęboko zakopanej w naftalinie pozycji archiwalnej. Padło na… „Drużynę A„. Kiedyś ten serial robił wrażenie… zwłaszcza jak się miało po kilkanaście lat. Teraz, kiedy jakimś cudem podwoiliśmy zestaw przeżytych lat i zim, wzięliśmy „Drużynę A” na wokandę krytyczną. Nawiasem mówiąc, mamy nadzieję, że Naftalinowa recenzja stanie się podwaliną do większego cyklu… znalazłoby się kilka archaicznych pozycji filmowych do przebadania 😉

Czy serial dał radę? Jak się oglądało to archaiczne dzieło medialnej mass produkcji z czasów Przed Nastaniem Dominacji Telenoweli? Spróbowaliśmy odpowiedzieć na te pytania, ale czy nam się udało? Sprawdźcie sami, w poniższej recenzji dyskusyjnej:

 

 „Drużyna A”

I.: Dawno, dawno temu, jeszcze w czasach szkoły podstawowej (i to nawet chyba dość wczesnych ;-), zdarzało mi się oglądać różne dziwne seriale – coby to nie odrabiać lekcji… W telewizji królował wtedy między innymi „MacGyver”, „Detektyw Remington Steele” (ten może stricte nie królował, ale wprost go uwielbiałam!) oraz „Drużyna A”. Niewiele z nich zapamiętałam – poza tym, że całkiem przyjemnie się je oglądało. Tym większym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że kiedy nie tak dawno temu natknęliśmy się po latach na „The A-Team”, cóż… przede wszystkim daliśmy radę przebrnąć przez serial. Mało tego, chętnie obejrzeliśmy kilka dodatkowych odcinków! Pościgi niczym z „Szybkich i wściekłych”, wywrotki, zabawne gagi, ciekawe przebrania Hannibala, łańcuchy i niechęć do latania Baracusa, zniewalający uśmiech Buźki czy Murdock, któremu brak więcej niż jednej klepki nadal mają coś w sobie…

D.: Jestem nie mniej niż ty zdumiony faktem, że… udało mi się przeżyć powrót do starusieńkiej jak świat „Drużyny A”. Przyznam: nie spodziewałem się tego. Kiedyś owszem, lubiłem Hannibala i jego niesforną ekipę, ale były to czasy, w których lubiłem wiele różnych, na ogół głupich rzeczy. O niektórych udało mi się zapomnieć, o kilku niestety nie. Pamiętam, że mniej więcej wtedy pasjonowałem się rzucaniem kamieniami w okna, a jeśli te były zbyt dobrze strzeżone, to w kolegów. Ze wzajemnością: do dziś pozostał na mojej czaszce trwały ślad owych fascynacji. Nie dziwi zatem, że wspominam „Drużynę A” z pewnym sentymentem, ale i dystansem, jak na relikt niechwalebnej przeszłości przystało. Tymczasem, to coś naprawdę da się obejrzeć. I nie oszukujmy się: nie dzięki wybitnemu aktorstwu, nie z racji fenomenalnego scenariusza, a już na pewno nie z uwagi na fruwające i wybuchające samochody (skądinąd, sceny kaskaderskie masowo upychane w tym serialu pewnie niejednego pechowca zniechęciły do wyrabiania prawa jazdy i poruszania się pojazdami mechanicznymi…). Co zatem sprawia, że „Drużyna A” przetrwała test czasu? Czy to my nie dorośliśmy, czy – tej opcji boję się nawet bardziej – to, co obecnie wylewa się z naszych wspaniałych, płaskich ekranów telewizyjnych jest gorsze od mosiężnego aktorstwa Czwórki Wspaniałych? Pomyślmy… czym nas honoruje współczesna telewizja? Jeśli z listy wyrzucimy wszędobylskie i raczej jednakowe telenowele, to nie zostanie już wiele, a to oznacza, że Hannibal i spółka – gdyby chcieli odzyskać teren i popularność – musieliby konkurować z pociotkami „Klanów” i „Złotopolskich”, w których, przyznajmy uczciwie, samochody wybuchają rzadziej…

I.: … a i aktorstwo nie jest lepsze. Zresztą, masz rację, w „Drużynie A” aktorzy także nie są wybitni, ale i nie są źli – kolejna niespodzianka. Nie mam na myśli, rzecz jasna, tych epizodycznych, drugoplanowych, bo to często istna masakra. Na przykład w odcinku pilotowym, na samym początku, ci, którzy grali zastraszonych mieszkańców wioski… Dla odmiany, odtwórcy głównych ról (George Peppard, Mr. T czyli Laurence Tureaud, Dirk Benedict i William Dwight Schultz) wypadają nie najgorzej. Zresztą, mój ulubieniec – nie, nie Dirk Benedict, serialowy Buźka, a George Peppard, serialowy Hannibal – debiutował… w „Śniadaniu u Tiffany’ego” u boku Audrey Hepburn (grał tam główną rolę męską). Myślę, że w „Drużynie A” nie mają też specjalnie pola do popisu – postaci są dość schematyczne, a i wypada je traktować raczej z przymrużeniem oka niż śmiertelną powagą – ale… są przekonujący. A może po prostu to kwestia pozorów, że tworzą taką fajną, miłą, zgraną ekipę? Z drugiej strony, umiejętność stwarzania pozorów… to właśnie aktorstwo! 😉

D.: Fakt, grają na pół gwizdka, ale nie bez zaangażowania. To jest kolejne zaskoczenie: popis poczucia humoru, lekkości interpretacyjnej oraz swobody aktorskiej, choć nie zahacza o poziomy wysokie, to jednak przerasta stosunkowo ciasny i ograniczony format serialu sensacyjnego. I wiesz co? Jednym z powodów, dla których nie tylko nie oglądam telenowel i bazujących na nich seriali, także tych udających formy dokumentalne, jest bardzo mocno rozprzestrzeniona choroba zombie. Rzuć sobie na ekran pięć różnych pozycji i postaraj się zapamiętać miny odtwórców głównych ról. Szybko się okaże, że doktor ratujący życie pacjenta w noweli A będzie grał identycznie jako listonosz w noweli B, a na tym samym poziomie przekaz nadaje komisarz z serialu C. W „Drużynie A” odświeżający jest chyba ten luz, puszczanie oka do widza. Co ciekawe, kiedyś, kiedy namiętnie oglądałem ten serial, traktowałem go śmiertelnie poważnie. Czyżbym więc szukał ironii na siłę? A może dorabiam ideologię do słabego widowiska telewizyjnego, które dawno temu zleciało już z ekranów i nie jest pokazywane mimo, że widzowie zdają się nie mieć żadnych widocznych oczekiwań ani wymagań… Ale mniejsza o to. Może poświęćmy jeszcze kilka słów fabule w „Drużynie A”. Zaczniesz?

I.: Parafrazując „końskie” hasło z pewnej encyklopedii, „Drużyna A” jaka jest, każdy widzi 😉 To losy czterech weteranów wojny wietnamskiej – ściganych przez służby federalne w wyniku niesłusznego oskarżenia o napad na bank – których można wynająć, kiedy ma się kłopoty i większą sumę pieniędzy. Często nawet to ostatnie nie jest potrzebne. Drużyna A to bowiem nieco współcześniejszy odpowiednik Robin Hooda i jego brygady – byli komandosi (plus jeden były pilot wojskowy) chętnie pomagają uciśnionym z dobrego serca i dla… dobrej zabawy. W końcu nic nie smakuje lepiej niż skopanie tyłka jakiemuś wrednemu typkowi… Konstrukcyjnie, każdy odcinek zaczyna się od wybranych scen, swoistego streszczenia tego, co za chwilę nastąpi (nie wiem, po co ten wstęp?…), a po nim następuje czołówka z zarysem historii drużyny. W tle… słynne intro muzyczne.

D.: Nie jest wykluczone, że najlepsza w tym wszystkim jest muzyka właśnie. Motyw z „Drużyny A” nuciło się pod nosem długo, oj, bardzo długo! Jak wynika z Twojego streszczenia, fabuła w serialu nie była szczególnie wyrafinowana. Stop, inaczej! Była prosta jak drut i to niekoniecznie kolczasty. W zasadzie, aby odgadnąć bieg wydarzeń wystarczyło obejrzeć pierwsze dwie minuty, próżno było liczyć na zaskakujące zwroty akcji, o ukrytych podtekstach, zakamuflowanych intrygach i wielopiętrowych podstępach nie ma co wspominać, bo nigdy się w tej serii nie odhaczyły. Reasumując, „Drużyna A” to serial sensacyjny, na wskroś amerykański, jaki mógł powstać chyba tylko w cokolwiek zwariowanych latach osiemdziesiątych. Profesjonalne aktorstwo zostało zderzone z totalnym amatorstwem. Doskonałe kwestie, pełne dowcipu, a nawet ironii sąsiadują z partackimi zapchajdziurami. Świetne „momenty”, dynamiczne i trzymające się kupy konkurują z łopatologicznymi, masakrycznie naiwnymi wstawkami adresowanymi prawdopodobnie do dzieci w okolicach dwunastego roku życia. Powracający niczym koszmarny sen zły pułkownik Marshall kontra Robin „Hannibal” Hood i jego zwariowana ekipa… Mówiąc krótko: nie wiem, jak się to coś da oglądać, ale dla odmiany wiem coś innego: „Drużyny A” nie sposób nie polubić, jakkolwiek niską by się o niej miało opinię…

I.: Howgh!

Advertisements

5 thoughts on “Naftalinowa recenzja: „Drużyna A” ;-)

  1. Drużyna A miała jedną zaletę – była chwilami zabawna i nie była robiona na poważnie. Wadą wielu kiepskich seriali jest to, że starają się być okropnie poważne. Podobnie nie do strawienia – dla mnie – jest James Bond na poważnie w wykonaniu Craiga. Tu trzeba sobie powiedzieć – albo to już nie jest Bond, albo jest to Bond do d…, bowiem zaletą Bonda (prawie wszystkich odcinków, do Brosnana włącznie)było puszczanie oka do widza.

    Nie wyobrażam sobie, by taki ponurak jak Craig potrafił puścić oko do kogokolwiek.

    I choć to różne filmy, o różnym nakładzie środków, aktorstwie itp. to zaletą głupich (w gruncie rzeczy) fabuł jest, że potrafią mrugać do odbiorcy.
    A jak nie potrafią – to nikt o nich po 20 latach już nie pamięta.

    • swoją drogą, dzięki za pomysł: recenzja nowego Bonda może być ciekawa, przynajmniej z punktu widzenia recenzenta ;-). Nie będzie niedyskrecją jeśli powiem, że zgadzam się z Twoją opinią. Casino Royal jeszcze mi się podobało, doceniłem jako pewien postęp po Brosnanie (ostatni Bond z jego udziałem to moim zdaniem masakra) – Casino było czymś nowym, świeżym, interesującym. Ale Quantum… Jezuuuu!!!! Masakra! Film nakręcony bez ładu, składu, konsekwencji. Fabuła jęczy i kwiczy, continuum rzęzi jak maluch na dożywociu… Makabra! Doceniłbym nową powagę Bonda gdyby stworzono dobry film, choćby w stylu Tożsamości Bourne’a (pierwsza część trylogii podobała mi się, pozostałe ledwo obejrzałem). Bo powiedzmy sobie wprost: film sensacyjny może być dobrym filmem, ale musi wiązać się z tym jakiś nakład środków i to nie tylko budżetowych tudzież cyfrowych…

      to co napisałaś skojarzyło mi się z Jasiem Fasolą: postacią wszechgłupią ale strawną (warunkowo) dzięki jawności komicznego charakteru. Jaś Fasola na poważnie byłby dziełem pokroju Quantum of Solace czy… uwielbianych przeze mnie współczesnych telenoweli.

      😉

  2. Tak mi coś świta, że „Drużyna A” w każdym odcinku odnajdowała opuszczony warsztat, tudzież szopę wyposażoną w spawarkę. Zakasali wtedy chłopaki rękawy i spawali, skręcali, montowali jakieś przebiegłe ustrojstwa i za pomocą owych dawali bobu tym niedobrym czarnym charakterom.

  3. Pingback: Naftalinowa recenzja: „Szarada” | onibe

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s