Reflektorem w mrok. Odsłona numer sześć. Detektywi w służbie estetyzmu (1/2).

Dzisiaj na wirtualnych łamach Qfanta ukazał się siódmy felieton spod znaku Reflektora i mroku, a my, jak zwykle z dwutygodniowym poślizgiem publikujemy odsłonę szóstą. Tak się składa, że tym razem felieton rozrósł się na tyle, że stało się zasadne podzielenie go na dwie części, co z kolei pozwala nam dzisiaj zaprosić Was na lekturę części pierwszej u nas, na blogu oraz drugiej na Qfancie.

Bon appetit, miłej lektury!

Detektywi w służbie estetyzmu (1/2)

Ostatnio zaskoczyło mnie pewne skojarzenie… być może odległe, daleko posunięte, ale… Pomyślałam, że niektórzy detektywi w głębi duszy są artystami! Oczywiście, nie takimi, którzy rzeźbią, malują czy potrafią komponować. Chodziło mi raczej o usposobienie: ekscentryczność, oryginalność, może nawet kapryśność, a także pewną potrzebę celebracji życia, uczynienia z niego – ni mniej, ni więcej – dzieła sztuki, pragnienie estetyzmu, gromadzenia wokół siebie jak największej ilości piękna różnej maści.

Rzecz jasna, kolejne zastrzeżenie, powyższymi cechami nie wyróżniali się wszyscy artyści. Z pewnością, nie ci biedni, zagłodzeni, w pelerynach zakrywających dziury w garderobie. Do głowy przyszli mi dandysi, dekadenci tej miary, co diuk des Esseintes, bohater powieści Jorisa-Karla Huysmansa „Na wspak” czy – z prawdziwych, pełnokrwistych, realnie istniejących osób – Oskar Wilde. To z nimi skojarzyło mi się kilku najznamienitszych detektywów. Nie twierdzę bynajmniej, że Holmes, Poirot czy Wolfe do złudzenia ich przypominają, co raczej, że mają w sobie coś – pojedyncze cechy – stanowiące płaszczyznę porównania.

Choćby Sherlock. Cytowałam już kiedyś fragment opisujący zażywanie przezeń narkotyku. Zaczynał się on tak: Sherlock Holmes sięgnął po buteleczkę stojącą na gzymsie kominka, a następnie wyjął z ładnego futerału wykonanego z marokańskiej skóry strzykawkę[1]. Cały obrządek, jaki wokół tej czynności panuje, a także dbałość o detale (wygląd futerału), przywodzą na myśl codzienność pełną pięknych, wyszukanych przedmiotów bohatera „Na wspak”. Co prawda Holmesowi trochę do diuka brakuje, ale – z drugiej strony – niewielu będzie fascynatów, którzy posuną się do… inkrustowania kamieniami szlachetnymi żywego żółwia! Niestety, ze skutkiem śmiertelnym dla biedaka.

Skojarzenie skojarzeniem, ale ciekawa jestem, czy Conan Doyle znał powieść Huysmansa? Nie wiem tego na pewno… Biorąc jednak od uwagę wszechstronne zainteresowania Szkota i jego oczytanie, hm, jest nadzieja, że tak. Tym bardziej, że „Na wspak” ukazało się w 1884 roku, a „Studium w szkarłacie”, pierwszy utwór, w którym pojawia się genialny detektyw, kilka lat później.

Wracając do wstrzykiwania sobie przez Holmesa narkotyków, już sam proceder narkotyzowania się był jedną z ulubionych czynności artystów-dekadentów jako coś, co pozwalało im oderwać się od codzienności, zapomnieć o nudzie i niedoskonałości otaczającego świata. Znieczulaczem, innymi słowy. Sherlock także próbował – jak wiemy, zapomnieć w ten sposób o bezczynności, choć… dekadentem bym go nie nazwała. Na szczęście – byłby pewnie nie do zniesienia!

Jest jeszcze jeden dowód na artystostwo duszy detektywa z Baker Street – talent aktorski. Pamiętamy, rzecz jasna, o tym, że w owych czasach aktorstwo nie cieszyło się zbytnim szacunkiem. Z pewnością nie takim, jak obecnie. Szczególnie jeśli było się kobietą… Co jak co, Holmes niewiastą nie był, a swych uzdolnień używał w bardzo praktycznych celach – tylko w przebraniu mógł bowiem swobodnie poruszać się po londyńskich ulicach i zdobywać niezbędne do rozwiązania kryminalnej zagadki informacje.

Nie chodzi bynajmniej o byle jakie sztuczne wąsy, okulary czy zmianę akcentu. Sherlock jest w tym fachu prawdziwym mistrzem. Potwierdzeniem może być fakt, że nawet Watson nie jest w stanie go rozpoznać w przebraniu. Największy wstrząs biedny doktor przeżywa, kiedy jego przyjaciel nagle zmartwychwstaje: Byłem w swoim gabinecie niecałe pięć minut, gdy weszła pokojówka i oznajmiła, że ktoś chce się ze mną widzieć. Ku memu zdumieniu, gościem okazał się ten dziwny stary zbieracz książek o chudej, zasuszonej twarzy wystającej spod grzywy siwych włosów; pod prawą pachą miał co najmniej tuzin swych cennych ksiąg.

– Zaskoczył pana mój widok – powiedział dziwnym skrzeczącym głosem. (…) – Za pozwoleniem, jestem pańskim sąsiadem. Prowadzę małą księgarenkę na rogu Church Street, do której serdecznie pana zapraszam. Może pan sam zbiera książki? Mam tu „Ptaki Brytanii”, „Katullusa” i „Świętą wojnę”, każdą po okazyjnej cenie. Pięć tomów w sam raz wystarczyłoby, żeby zapełnić tamtą lukę na drugiej półce. Przyzna pan, że nie wygląda ona zbyt porządnie.

Popatrzyłem na biblioteczkę, a kiedy odwróciłem się do mego gościa, przy biurku stał, uśmiechając się do mnie, Sherlock Holmes. Zerwałem się na równe nogi, przez kilka sekund patrzyłem na niego, ogarnięty zdumieniem, a potem, zdaje się, że po raz pierwszy w życiu, zemdlałem[2].

Holmes potrafi zatem odpowiednio zmienić wygląd, sposób mówienia oraz stworzyć sobie fałszywą tożsamość i całkiem zgrabną historyjkę – pretekst do rozmowy. Umie także udać, że jest tam, gdzie wcale go nie ma, by złapać swych wrogów na gorącym uczynku: Człowiek siedzący w fotelu rzucał wyraźny czarny cień widoczny na tle rozświetlonego okna. Nie sposób było pomylić z nikim innym tej przechylonej głowy, skulonych ramion i wyrazistych rysów. (…) Idealna podobizna Holmesa! Byłem tak oszołomiony, że wyciągnąłem rękę, by sprawdzić, czy mój przyjaciel na pewno stoi obok mnie, a on zatrząsł się od bezgłośnego śmiechu[3]. Fakt, że twórcą odlewu był Oscar Meunier z Grenoble, ale sam pomysł na mistyfikację, a także dopięcie jej na ostatni guzik, to dzieło nikogo innego jak właśnie Sherlocka.

Co mają wspólnego z artyzmem Poirot i Wolf? O tym już za dwa tygodnie.

[1] A. Conan Doyle, Znak Czterech, przeł. z ang. A. Krochmal, R. Kędzierski, w: tegoż, Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa, przeł. z ang. A. Krochmal, R. Kędzierski, M. Domagalska, Z. Wawrzyniak, Warszawa 2010, s. 88.

[2] A. Conan Doyle, Powrót Sherlocka Holmesa, przeł. z ang. M. Domagalska, w: tegoż, Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa, s. 458.

[3] Tamże, s. 462.

Advertisements

2 thoughts on “Reflektorem w mrok. Odsłona numer sześć. Detektywi w służbie estetyzmu (1/2).

  1. Porównanie detektywów do artystów wyszło bardzo sensownie! Myślę, że te dwa „fachy” łączy też coś innego – i jedni i drudzy szukają inspiracji, wyławiają z rzeczywistości ciekawe szczegóły – tyle, że mają doprowadzić ich do różnych celów…

    • dokładnie, jest tak jak piszesz. Różnica pomiędzy oboma zawodami polega na czymś innym: artysta przetwarza efekt obserwacji, a kiedy wydaje go na świat, ma on często niewiele wspólnego ze wspomnianą obserwacją, natomiast od dobrego detektywa oczekuje się swego rodzaju przezroczystości: powinien być narratorem, niekoniecznie aktorem, a już zdecydowanie nie twórcą… Dzięki za kom 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s