Recenzja filmu „Green Zone”

Kiedy tworzyliśmy recenzję filmu „Invictus” bardzo spontanicznie narodził się pomysł pójścia tropem Matta Damona i rzucenia na ruszt także kolejnych jego dokonań aktorskich. Słowo się rzekło, recenzja u płotu. Dzisiaj przyszła kryska na „Green Zone”, thriller wojenny wyreżyserowany przez Paula Greengrassa (z którym Damon spotkał się a propos dwóch części Trylogii Bourne’a).

Wnioski poniżej, jako zwykle spisane przez nas dwoje w formie dialogu.

„Green Zone”

D.: Nie tak dawno temu, zmagając się z materią filmu „Invictus” rzuciliśmy pomysł, by a propos kolejnej recenzji spotkać się przy tytule „Green Zone”. I oto słowo ciałem, a przynajmniej tekstem się stało. Na chwilę zapomnijmy o tym, że „Green Zone” zaciekawił nas jako kolejny obraz, w którym wystąpił Matt Damon (niniejszym zaprzeczamy, jakobyśmy kolekcjonowali występy Pana Drewnianej Twarzy) i podejdźmy do niego bez wstępnych założeń. Sprawa jest o tyle ciekawa, że „Green Zone” lokuje się fabularnie i problematycznie pośród gorących piasków Iraku, a przynajmniej wcale nie chłodniejszych zabudowań Bagdadu. To właśnie tam grupa amerykańskich żołnierzy poszukuje legendarnej broni masowego rażenia (BMR) – tej samej, która na głowę irackiego dyktatora i jego kumpli ściągnęła lawinę ognia i stali. Szybko się okazuje, że BMR, podobnie jak Święty Graal czy Excalibur istnieją, ale chyba tylko w głowach akolitów. Główny bohater filmu, sierżant sztabowy Roy Miller wplątuje się w niebezpieczną intrygę. Z jednej strony, realizując założenia swojej misji, naraża siebie i swoich ludzi na śmierć, przetrząsając puste ruiny i nie znajdując nic, poza pustymi konserwami. Z drugiej, wcale nie wiadomo do końca, czy odkrycie prawdy na temat BMR jest rozwiązaniem sensownym. Czy Waszyngton doceni wyjawienie wielkiej ściemy?

I.: Na to pytanie, rzecz jasna, nie zamierzamy odpowiedzieć ;-). Reżyser filmu, Paul Greengrass, słynący z produkcji zaangażowanych politycznie i społecznie („Ultimatum Bourne’a”) i tym razem nie zawiódł. Nie oznacza to jednak, że „Green Zone” jest filmem nachalnym, czarno-białym. Co to, to nie! Jego największą zaletą jest poruszanie się w odcieniach szarości. Nie ma bohaterów krystalicznie dobrych, ani piekielnie złych. Jest odrobina nadziei, ale i ogromne ilości cynizmu. Przy tym wszystkim, „Green Zone” to solidne kino akcji: dobrze nakręcone i wciągające. Co prawda, miejscami film wydał mi się nieco naciągany. Czy sierżant sztabowy ma rzeczywiście niemal nieograniczoną swobodę decyzji co do działań swoich i swoich ludzi?

D.: Jako urodzony generał nie mam oczywiście pojęcia o zakresie swobody sierżanta sztabowego, ale intuicyjnie odpowiedziałbym, że nie. Z drugiej strony, weźmy pod uwagę, że film Greengrassa przenosi nas do bardzo ciekawego momentu, a zarazem w bardzo ciekawe miejsce, a mianowicie do Bagdadu dopiero co zajętego przez siły amerykańskiej koalicji. Chaos tych pierwszych dni nowego ustroju został oddany całkiem nieźle. Obserwujemy zamieszanie bardzo logicznie wpisane w drastyczną zmianę gospodarza. Widzimy formowanie się zrębów nowej, tymczasowej państwowości. W skali taktycznej przejawia się to mrowiem ludzi urządzających sobie biura i wynoszących śmieci po poprzednikach, mnóstwem zebrań, dyskusji, wzajemnie wykluczających się rozkazów, przemykających we wszystkie strony żołnierzy i oficjeli realizujących mniejsze i większe cele. Kto wie, czy w takich okolicznościach przyrody Miller i spółka nie zdołaliby zorganizować nawet pola golfowego i rozbijać się po zakurzonych ulicach bialutkim Melexem? A mówiąc poważnie: twórcy filmu przemycili uzasadnienie założeń fabularnych, identyfikując drużynę Millera jako oddział specjalny oddelegowany do poszukiwań BMR. Co, oczywiście, wcale nie oznacza, że nie jest to typowe, hollywoodzkie deus ex machina… Faktem jednak jest, że Greengrass zdecydował się ukazać w „Green Zone” dość niezwykłe oblicze amerykańskiej pięści. Nie ma tutaj dumnie powiewającej amerykańskiej flagi i stosu łzawych przemówień o supremacji coca-coli nad mekka-colą, ale i zabrakło miejsca dla zdecydowanej negacji. Kłamstwo jest złem, ale okazuje się, że akceptowalnym. Tak jak piszesz, dużo w tym obrazie szarości. W szarości skąpana jest choćby rywalizacja pomiędzy służbami. CIA walczy z administracją cywilną, a wewnątrz poszczególnych stron toczą się boje innego rodzaju, nie wspominając już o braku jedności pomiędzy Irakijczykami (skądinąd, to bardzo groźny objaw u Amerykanów, którzy chyba genetycznie programowani są do oceniania swoich wrogów bez moralnych dylematów). Walka trwa o prawdę, ale nie o tę rzeczywistą, ile raczej o sposób, w jaki zostanie nazwana rzeczywistość. Chciałoby się powiedzieć: samo życie. Na tym skończmy może analizę fabularną, a poświęćmy odrobinę uwagi bohaterom srebrnego ekranu, a więc przede wszystkim Mattowi Damonowi, jedynej gwieździe w obsadzie.

I.: Tak, no właśnie… już o tym nawet pisaliśmy. Na Damona niewątpliwie trzeba zwrócić uwagę – wszak to najjaśniejsza, a pewnie dla co poniektórych rzeczywiście jedyna, gwiazda filmu. W jednej z recenzji przeczytałam laurkę, w której autorka zachwyca się jego „świętą grą aktorską”. Inna sprawa, czy przypadkiem nie miałoby być „świetną”? Nie ważne, święta, świetna – chodzi i tak o to samo! No i mam problem. Lubię Damona, o czym już kiedyś wspominałam, ale… z każdym filmem, w którym się pojawia, zaczynam myśleć, że mam deja vu. To taki trochę casus Christiana Bale’a 😉 Jakiego bym filmu z nim nie oglądała, wydaje mi się, że gra tę samą rolę: ta sama (lub podobna) historia, ten sam finał, ta sama mimika (lub jej brak…). Tylko zmienia się nazwisko bohatera i miejsce akcji. Z drugiej strony, czy jest to wina aktora, że często obsadza się go w podobnych rolach? Szkoda, bo ma na swoim koncie także bezapelacyjne perełki – choćby „Utalentowanego pana Ripley’a”. Miło było mi za to obejrzeć w „Green Zone” aktora zdecydowanie mniej popularnego: Grega Kinneara. To jeden z tych, których nazwiska się nie kojarzy, ale twarz… zresztą przystojną ;-)… owszem. Wynika to głównie z tego, że Kinnear ma, wątpliwe, szczęście do ról drugoplanowych. Być może kojarzycie go z „Sabriny” (zagrał tu Davida Larrabee’go, młodszego z braci), „Byliśmy żołnierzami” (major Bruce Crandall ) lub „Godsend” (ojciec chłopca)? W „Green Zone” wcielił się w postać Clarka Poundstone’a – postać bezsprzecznie ciekawą, dwuznaczną moralnie. Ciekawszą niż, nieco mdławy, Roy Miller…

D.: Nie posunąłbym się aż tak daleko, by porównać Matta do Christiana. Damon chyba jednak jest utalentowany i jeszcze w przeciwieństwie do młodszego kolegi, grywa – mimo wszystko – w filmach, które przypadkiem lub nie, ale oparto na scenariuszu. W dokonaniach Bale’a jakoś mi brakuje tego punktu… Ale mniejsza o to.

I.: Tylko dodam, że też znam filmy z Balem, w których był scenariusz… i to całkiem niezły, choćby „American Psycho” albo „Portret damy”… Może to po prostu filmy schodzą na psy a nie aktorzy? ;-D

D.: Nie wykluczam, że masz rację. Rozważam nawet, czy w „Equlibrium” nie było czegoś w rodzaju scenariusza, ale to kwestia na inny dzień… Myślę, że możemy się pokusić o jakieś podsumowanie. Nie wiem jak tobie, ale mnie „Green Zone” nawet się spodobał, choć nie na tyle, by jeszcze kiedyś pokusić się o powrót do tej opowieści. Właściwie to uważam, iż jest to jeden z tych filmów, które ogląda się tylko raz i… starczy. Co więcej, „Green Zone” ma swoją wartość w odniesieniu do całego tego zamieszania wokół Iraku – nawet jako dobrze przemyślany głos w dyskusji – ale za dziesięć lat może być odczytywany jako specyficzna historia militarna z teorią konspiracji w tle. Z drugiej strony, wobec natłoku współczesnych arcydzieł sztuki filmowej, które w 90% oparte są na coraz tańszych efektach specjalnych, ale rzadko kiedy widać w nich zamysł głębszy niż wystarczający na kilka minut widowiska, „Green Zone” jawi się jako przykład niezłej sztuki filmowej. Mamy tutaj pomysł, problematykę, logikę i konsekwencję. Oraz scenariusz. Wspominałem już, że scenariusze przechodzą do lamusa?

I.: Niestety… Wracając jednak do tematu, podpisuję się pod wszystkim, co napisałeś. „Green Zone” to film niezły, choć nie rewelacyjny czy rewolucyjny. Po prostu.

Advertisements

4 thoughts on “Recenzja filmu „Green Zone”

  1. Ciekawe. Dzięki za recenzję. Pewnie się nie wybiorę, bo nienawidzę filmów z wojną na pierwszym czy nawet drugim planie. Co do Damona, to mam na temat takich „buzi” swoje zdanie: jest to tzw. „all American boy”, który wyglądać inaczej nie może, chyba że po 70-tce, kiedy mu chirurdzy spaprzą urodę. Miłego dnia!

    • coś w tym jest. Obawiam się, że czeka nas teraz zalew aktorów „preformatowanych” – reżyseria będzie polegała na układaniu filmu z aktorskich prefabrykatów, jak z klocków lego ;-))

  2. Miałem podobne odczucia po obejrzeniu tego filmu 🙂
    Bardzo mi się podoba sposób waszego recenzowania, miło się go czyta 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s