Reflektorem w mrok. Każdy ma jakiegoś bzika, czyli felieton piąty.

4 maja na Qfancie ukazał się piąty felieton z kryminalnej serii Reflektorem w mrok. Dostępny jest tutaj, oraz – gdzieżby indziej – oczywiście… poniżej ;-).

Miłej lektury, jako zwykle ;-).

Każdy ma jakiegoś bzika…

… także powieściowi detektywi. Jedni grają w szachy, inni na gitarze. Hobby kolejnych – o ile tak to można nazwać – będzie uleganie mniej bądź bardziej poważnym nałogom. Mnie jednak rzuciło się w oczy, jak wielu śledczych znajduje ukojenie w… ogrodnictwie. Oczywiście, nie ma w tym nic dziwnego – ot, ulga dla skołatanych nerwów, kontakt z naturą, umiarkowane ćwiczenie fizyczne, a do tego skupienie myśli na czymś przyjemniejszym i bezpieczniejszym niż zbrodnia.

Niewątpliwą wielbicielką pielęgnacji ogródka jest panna Marple. Chętnie rozmawia ze wszystkimi, którzy chcą posłuchać o przewadze jednej odmiany kwiatów nad inną i o kapryśności niektórych gatunków, choćby peonii. Tym większy smutek odczuwa na widok swego ukochanego ogrodu, kiedy zmuszona jest do zatrudnienia ogrodnika, Edwardsa – leniwego i leciwego – gdyż doktor Haydock zabronił jej jakiegokolwiek schylania się czy klękania, a cóż można zrobić na grządkach, nie klękając i nie schylając się?[1]

Wówczas pozostaje jej już tylko teoria w miejsce praktyki. Przynajmniej jeśli chodzi o botanikę, bo na brak zajęć panna Marple z pewnością nie narzeka. Zawsze może poobserwować ptaki (przez lornetkę), podziergać na drutach, porozwiązywać krzyżówki, poczytać „Timesa” czy – wreszcie, kiedy już zabraknie innych rozrywek w okolicy – rozwiązać jakąś kryminalną zagadkę. Pochylanie się nad rabatkami musi pozostawić młodszym, choćby… Kay Scarpetcie, bohaterce powieści Patricii Cornwell.

Fanem ogrodnictwa jest także Poirot, choć bardziej in spe. Herkules emeryturę wyobraża sobie dość przyziemnie: Tak, czas odpocząć. Chyba zajmę się hodowlą dyń! Niewykluczone też, że wreszcie się ożenię i zacznę prowadzić spokojne, uporządkowane życie![2] Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał, że dynie łączą się jedynie ze stabilizacją i stagnacją. Stanowią dla Poirota także wyzwanie! Jak stwierdza w rozmowie z doktorem Burtonem: Ja zamierzam poprawić smak samej dyni. Można z niej wydobyć… bukiet…[3]

Oczywiście, wszyscy jego rozmówcy żartują, że emerytura z pewnością mu nie grozi: Tak to jest. Jeszcze tylko jedna czy dwie sprawy, a potem następna… i tak to leci. Ostatni występ primadonny w porównaniu z twoim będzie niczym, Poirot![4]

No właśnie… w tym miejscu można by zwrócić – na marginesie – uwagę, że największą pasją detektywów jest praca. Całe ich życie kręci się wokół niej, nie mogą przestać o niej myśleć i praktycznie nie mają życia prywatnego. A kiedy udaje im się rozwiązać jedną zagadkę, z niecierpliwością wyglądają kolejnej. Czekając, bywają znudzeni i zniecierpliwieni, choć niewielu posuwa się w takich chwilach tak daleko jak Holmes. Przykład Sherlocka jest jednak o tyle znamienny, że uświadamia nam, czym w rzeczywistości jest dla śledczych ich zawód: nałogiem, niezbędną dawką adrenaliny, najsilniejszym narkotykiem. Pod wieloma względami detektywi są szczęśliwcami: któż bowiem w skrytości ducha nie pożąda pracy, która mogłaby go zafascynować i którą mógłby się upajać, niczym oparami opium? Przyjemne z pożytecznym, ot co!

Ale, ad rem. Mimo że ubóstwiam Poirota i żadnemu innemu detektywowi bym jego gabineciku w mym sercu nie oddała, w tym jednym jedynym przypadku jestem zmuszona zrobić wyjątek. W zainteresowaniach botanicznych jest bowiem ktoś, kto go bije o wąs, Nero Wolfe. O Wolfie wspominałam już ostatnio (choćby o jego pasji kulinarnej i wynikających z tego konsekwencjach) – dziś chciałabym tylko rozwinąć temat miłości, jaką żywi do storczyków.

Codziennie odbywa w ich towarzystwie (i ogrodnika Theodore’a) kilkugodzinne tet a tet, parę godzin rano po śniadaniu i tyleż po południu. Czas poświęcony ich pielęgnacji stanowi na tyle poważny element dziennego harmonogramu, że Wolfe całkowicie izoluje się wtedy od świata, nie przyjmując gości i interesantów, bez litości i bez wyjątku, zupełnie niczym chirurg podczas ciężkiego zabiegu na otwartym sercu. Dlatego też, kiedy jego pracownik, Archie Goodwin (narrator powieści Stouta) ma doń ważną sprawę, czeka przy windzie, którą Nero zjeżdża ze znajdującego się na ostatnim piętrze domu ogrodu, na przykład – jeśli jest to pora popołudniowa – punkt o szesnastej, jak w zegarku.

Z opisów Archiego (nielicznych, bo rzadko daje się skusić na przeszkodzenie szefowi w jego ogrodniczych obowiązkach) możemy wywnioskować, jak ogromnym przedsięwzięciem jest oranżeria Wolfe’a: O tej porze roku w oranżerii królowały storczyki Cattleya mossiae. W pierwszym pomieszczeniu, do którego wchodziło się z sieni, Odontoglossumus chwaliły się swoimi gałązkami; w środkowym pomieszczeniu dwie ławy Phalaenopsis, które najtrudniej wyhodować, tarasowały przejście długimi na sześćdziesiąt centymetrów kiściami. Ale że był to czas Mossiae, największa parada była w trzecim pomieszczeniu. Z czternastu odmian uprawianych przez Wolfe’a najbardziej lubiłem Reineckiana o białych, żółtych, liliowych i fioletowych płatkach[5].

Niektórzy to potrafią iść na całość!

Można by było nawet stwierdzić, że z co poniektórych detektywów są… nieźli artyści. Ale o tym następnym razem.

[1] A. Christie, 4.50 z Paddington, przeł. T. Cioska, Wrocław 2008, s. 17.

[2] A. Christie, Wielka Czwórka, przeł. J. Bartosik, Warszawa 1996, s. 196-197.

[3] A. Christie, Dwanaście prac Herkulesa, przeł. G. Jesionek, Wrocław 2009, s. 8.

[4] Tamże, s. 9.

[5] R. Stout, Zanim wybije północ, przeł. A. Dwilewicz, Wrocław 2011, s. 52.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s