„Invictus” – recenzja filmu

Co się dzieje, kiedy w jednym pokoju spotykają się Clint Eastwood, Matt Damon i Morgan Freeman? Odpowiedź jest prosta: powstaje „Invictus„, interesująca opowieść o wspaniałym punkcie w historii Republiki Południowej Afryki. A może wspaniała opowieść o interesującym punkcie? Tego jeszcze nie ustaliliśmy, ale i tak zapraszamy do przeczytania recenzji…

Darek: Amerykanie stosunkowo rzadko wyściubiają nos poza swój kontynent, a jeśli już to czynią, to albo wojsko poślą, albo biznesmenów swoich, albo jeszcze inną plagę… Bywa jednak, że czasami ich zainteresowanie resztą świata nabiera bardziej obiektywnego charakteru. Rzadko bo rzadko, nawet filmowcy doceniają obce historie, transplantując je na rodzime, hollywoodzkie celuloidy. Któż nie pamięta „Walecznego Serca” z niesławnym obecnie Melem Gibsonem, który kilka lat później, po skromnej zmianie charakteryzacji popełnił kolejną, niemal identyczną rolę w „Patriocie”? Cóż, William Wallace może i nie machał amerykańską flagą, ale doprawdy niewiele mu brakowało. Kiedy zatem z dużym, bo trzyletnim, opóźnieniem w moje rączki trafił „Invictus” Clinta Eastwooda, nie oczekiwałem po nim wiele. Akcja filmu rozgrywa się w Republice Południowej Afryki, chwilę po przejęciu władzy przez Nelsona Mandelę i obaleniu polityki apartheidu. Dumny i czarnoskóry Mandela poświęca się, by połączyć podzielony kraj, a jedna z dróg, którymi podąża, prowadzi go na… stadiony rugby. Bieluteńka jak ceramika z Opoczna obsada drużyny Springbox średnio nadaje się na bohaterów murzyńskiej opowieści, ale w Fabryce Snu nie takie sny fabrykowano. Wielki sport, wielka polityka, wielki naród, wielka przyszłość… Zrozumiawszy, w czym rzecz, najbardziej ciekawiło mnie jak się Eastwoodowi uda przemycić do tej historii amerykańską flagę lub amerykański hymn… No, w ostateczności, może chociaż amerykańskiego bohatera. „Invictus” niemal zawiódł mnie w tym temacie. Przez krótką chwilę nie pamiętałem nawet, w jakim kraju ten film powstał. Czy może być lepsza laurka dla w miarę ambitnego obrazu kinowego?

Iza: No, nie do końca… i nie chodzi mi o laurkę, a o rodowód filmu. Może oglądałam już zbyt wiele amerykańskich produkcji – i pewnie tak było! – ale… nie mogłam zapomnieć o zastosowanych kliszach. Mimo że – muszę dodać od razu – „Invictus” baaaardzo mi się podobał. Widać jednak, jaka nacja w jego powstaniu maczała swe paluszki. Schematyczność, główny bohater, który niemalże wbrew całemu światu podąża raz obraną drogą i, oczywiście, odnosi sukces, happy end itd., itp. Choć, przyznaję, jest to obraz nieźle nakręcony i pomyślany. To, co chyba najbardziej mnie w nim zachwyciło, to – podobnie jak w „Jak zostać królem” – pokazanie wycinka historii jakiegoś narodu poprzez opowiedzenie pozornie nieistotnych wydarzeń. Urokliwe… Czemuż o naszych dziejach – przecież fascynujących – czegoś podobnego się nie nakręci?

D.: Cóż, może dlatego, że nie potrafimy tym zainteresować sami siebie, nie mówiąc o innych? A wracając do historii filmowej, słuszne jest to, co piszesz o pewnych szablonach, ale – mimo wszystko – „Invictus” opowiada o prawdziwych wydarzeniach, oczywiście z uwzględnieniem narracyjnej swobody (podkreślmy: umiarkowanie posuniętej). A skoro już o narracji mowa, to przyjrzyjmy się osobom dramatu. Widzę tutaj trójkąt trzech twórców: Clint Eastwood jako reżyser, Matt Damon w roli kapitana drużyny rugby oraz Morgan Freeman wcielający się w postać charyzmatycznego Nelsona Mandeli. Może jestem niesprawiedliwy, ale poza wymienionymi panami, nikt tutaj nie zasłużył na wyróżnienie. No, może jeszcze Anthony Peckham, scenarzysta, ale jego pochwaliłbym najwyżej za to, iż nie spaprał materiału (co, w pewnym sensie przydarzyło mu się a propos niedawnego „Sherlocka Holmesa”).

I.: Tym bardziej, że – nie zapominajmy – scenariusz powstał na podstawie książki („Invictus. Igrając z wrogiem”, a oryginalnie „Playing the Enemy: Nelson Mandela and the Game that Made a Nation”) Johna Carlina, dziennikarza, który miał przyjemność rozmawiać z Mandelą i to nie raz…

D.: Na wysokości zadania stanął reżyser, który wykonał solidną warsztatowo, mogącą się podobać robotę, ale największe laury należą się Freemanowi. Z wykreowanym przez niego wizerunkiem Mandeli nie miałby szans nawet sam… Mandela, co zresztą jest jednym z paradoksów sztuki filmowej. Narracyjne sztuczki często okazują się ciekawsze niż rzeczywistość, a odtwórcy ról przerastają pierwowzory. Mandela vel Freeman to charyzmatyczny wizjoner, ewidentnie bardzo mocno wzorowany na Martinie Lutherze Kingu. Swoją drogą, nie zdziwiłbym się, gdyby filmowy Mandela przyznał, że „miał sen” – prawdę mówiąc, oczekiwałem podskórnie tego tekstu. Chyba jednak dobrze, że nie padł…

I.: A propos roli Freemena, myślę, że na pochwałę zasługuje w tym miejscu jeszcze charakteryzator – co zabawne, nie udało mi się znaleźć jego danych osobowych. W każdym razie odwalił kawał dobrej roboty! Freeman nie tylko zachowuje się, jak Mandela, ale i jest do niego tak bardzo podobny, że… bardziej nie mógłby być.

D.: Pozostał jeszcze Matt Damon i tutaj mam zagwozdkę. Nie potrafię ocenić gry tego aktora. Lubię go i doceniam filmy, w których się pojawia, ale z drugiej strony… ciągle zastanawiam się, kiedy Damon pokaże nam w końcu jakąś inną minę? „Invictus” to kolejny film, w którym Damon udowadnia, że mimika twarzy jest przeżytkiem. Nawet Clint Eastwood dopracował się większej ilości masek: oprócz Twardego Faceta, Bardzo Twardego Faceta i Gargantuicznie Twardego Faceta pokazał parę razy oblicze Równie Twardego Faceta, Który Potrafi Się Uśmiechnąć, Nie Gubiąc Przy Tym Zębów. Czy Damon się uśmiecha? Może wtedy, kiedy sprawdza stan konta… Ten facet to fenomen, po prostu nie rozumiem, jakim cudem ktoś taki może się podobać, także osobie piszącej te słowa (bo tak się złożyło, na przekór wszystkiemu, że jestem jego fanem).

I.: Coś w tym jest, co piszesz. Oglądaliśmy ostatnio „Green Zone” i, rzeczywiście, rola tam zupełnie inna, ale miny… te same?! Też lubię Damona, więc… powinno być łatwo wydedukować, za co! Może jego fenomen polega po prostu na tym, że jest trochę takim przeciętniakiem, everymanem, z którym widz może się utożsamić? Jest co prawda przystojny, ale nie jest to typ latino lover. Poza tym oglądając go na ekranie, nie ma się wrażenia, że jest złym aktorem. Nawet wprost przeciwnie. Z mimiką u niego, fakt, nie najlepiej, a mimo to udaje mu się zagrać przekonująco. Właściwie… wychodzi na to, że jest to prawdziwy geniusz! 😉 A poza tym… za rolę w „Invictusie” był, obok Freemana, nominowany do Złotych Globów i Oskara.

D.: Co, summa summarum, o niczym nie świadczy, ale stanowi jakiś tam wyznacznik popularności. O Damonie chętnie bym jeszcze trochę popisał, ale myślę, że lepszą do tego okazją będzie… recenzja „Green Zone”. Zakładam, że nie odmówisz, prawda? Tymczasem jednak chciałbym jeszcze wrócić do opowieści. Tytuł filmu to łaciński wyraz oznaczający niezwyciężonego. Użycie języka nauki to cokolwiek tani chwyt, zasłona dymna mająca sugerować, że w grę wchodzi jakieś znaczenie wysokich lotów, ale oczywiście prawda jest banalna. W dziele Brudnego Harry’ego wszyscy są zwycięzcami: Mandela, Pienaar (kapitan Springbox), Murzyni, Biali, RPA, kibice, sport, telewidzowie, piloci samolotów, autorzy grafitti (a propos samolotów…), a nawet… pokonani w Wielkim Finale Maorysi z ekipy All Blacks. To piękna opowieść sugerująca, że życie i historia nie są grami o wyniku zerowym, że wygrywać i odnosić triumfy mogą wszyscy, a jedynym przegranym jest zły los, któremu przyszło szczeznąć gdzieś w ciemnym kątku. Nie jest to, na szczęście, typowo hollywoodzka good-ending-story, w której cała fabuła jest zaledwie pretekstem do pocałunku wymienionego przez bohatera i bohaterkę w promieniach zachodzącego pod koniec filmu słońca. Eastwood nie uciekł jednak zupełnie od typowo filmowej narracji, która doprasza się uproszczeń i skrótów myślowych. Tutaj w zakresie narracyjnym nie zmieścił się jeden tylko drobiazg: rzeczywistość. „Invictus” produkowany był w ramach przygotowań do afrykańskiego mundialu, stanowił zatem aperitif przed daniem głównym, ale i miał częściowo skorzystać z budzącego się wiatru wielkiego, medialnego wydarzenia. Ale łącząc w sobie historię Afryki i Ameryki (Mandela i Luther King), ominął przykre fakty: RPA ginie. To państwo umiera na AIDS, w czym nie przeszkadza fakt, iż jako eksperyment odniosło pewien sukces. Czarni i biali obywatele RPA wiele wycierpieli i wiele wygrali, może nawet więcej niż Pienaar i Mandela (notabene, RPA wygrało ostatnie mistrzostwa rugby w 2007 roku we Francji; kolejne, już pod koniec tego roku w… Nowej Zelandii – jest szansa na kolejny wielki finał Springbox versus All Black), ale summa summarum i tak przegrywają, a wraz z nimi idzie na dno cały kontynent. Czy jest nadzieja dla Afryki? A czy w ogóle jest potrzebna? Gdyby wierzyć scenarzystom „Invictusa”: nie, nie jest potrzebna. Jest sport, jest odrobina dobrej woli, jest powiewająca flaga… Ale może tak powinno być: nadzieja przede wszystkim, kłopoty na drugie danie.

I.: A na trzecie danie… „Green Zone”, bo chyba faktycznie musimy zrecenzować ten obraz. Matt Damon nam nie ucieknie!

Advertisements

7 thoughts on “„Invictus” – recenzja filmu

  1. Dzięki za recenzję. Zachęciliście mnie. Co do Damona – podobne odczucia. Clinta b. lubię. Własnie się zatanawiałam, kto z Freemana zdołał zrobić Mandelę (fizycznie). Freeman to chyba wysoki facet, a Mandela bardzo niski? Oczywiście mogę się mylić.

    • cóż, w pewnym sensie o to nam chodziło, kiedy pisaliśmy, że Freeman-Mandela jest lepszy od Mandeli-Mandeli ;-). Ale w filmie to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie: ma się wrażenie, że dobrze się wcielił w swoją postać. A i sposób kręcenia filmu kieruje ku takim wnioskom: częściej mamy do czynienia z twarzą Freemana niż z kompletną figurą – twarzą gra dobrze, tak jak byśmy oczekiwali, że zachowywałby się prawdziwy Mandela. Oczywiście, sam Mandela o tym nie musiał wiedzieć, więc może zachowywał się inaczej 😉

  2. Recenzja jest świetna i z pewnością obejrzę ten film 🙂 Co do Clinta to czytałem raz przecieki z panu filmu „Letters from Iwo Jima”, facet jest jak jego mina: nie opierdziela się. Stąd myślę, że on wcale nie grał, on taki jest 😉

  3. Kurcze, muszę ten film obejrzeć. Po niedawnej wizycie w tamtym kraju czuję to wręcz jako obowiązek!

  4. Pingback: Recenzja filmu „Green Zone” | onibe

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s