Felieton: Nagie klisze i bezwstydne matryce, czyli akt w fotografii współczesnej

Dzisiaj chcielibyśmy poświęcić chwilę uwagi na fotografię aktu. Poniżej prezentujemy nasz felieton, wzbogacony również naszymi zdjęciami. Z uwagi na fakt, że fotografie wykorzystane jako ilustracja tekstu są cokolwiek odważniejsze, upraszamy osoby niepełnoletnie o nie oglądanie tychże ;-). Zarazem zapewniamy, że od jutra będziemy znowu grzeczni, jak Bóg i Partia przykazali… 😉

Ostrzegamy, że tekst jest cokolwiek długi… ale źródła zbliżone do dobrze poinformowanych twierdzą, że da się go przeczytać 😉

A zatem, zapraszamy do pogadania o akcie…

 

Czym jest fotografia aktu i jakie zajmuje miejsce w dzisiejszej kulturze? Na to pytanie, wbrew ewentualnym pozorom, nie da się odpowiedzieć łatwo, ale i – spójrzmy prawdzie w oczy – w ogóle nie da się prosto i bez bólu głowy oszacować bieżącego stanu fotografii jako takiej. To potężne medium przeżywa w tym momencie jednocześnie dni największej chwały, jak i najgorszego kryzysu. Oba te bieguny wykluczają się jedynie na pierwszy rzut oka. Oto bowiem fotografia rządzi naszą modą, narzuca szablony idealnego wyglądu, tworzy wzorce kulturowe, kreuje naszą świadomość. Fotografia to obraz, a obraz – także ten ruchomy, kinowy i telewizyjny – to wielka łopata, za pomocą której do ludzkiego mózgu wrzucić można niemal każdą ideę. Z drugiej strony, nasycenie i przesycenie fotografią widoczne jest na każdym kroku: zdjęć jest zbyt wiele, byśmy mogli je wszystkie zauważyć, skatalogować i zapisać w naszej pamięci. Co więcej, bezprecedensowa dostępność technologii utrwalania obrazu sprawiła, że fotografia przestała być zajęciem elitarnym. Robienie zdjęć kosztuje tyle, ile kosztuje kupno aparatu, czyli nawet paręset złotych, które w przeliczeniu na tysiące bezboleśnie produkowanych zdjęć dają niezauważalne grosze. Staniała wiedza: aby robić zdjęcia nie trzeba się uczyć, nie trzeba znać się na chemikaliach i odczynnikach, nie trzeba nawet znać takich pojęć, jak „kadr” czy „balans bieli”. Nowoczesne aparaty sugerują kadrowanie, same też dopasowują balans bieli do wybranego programu. Do ich obsługi nie jest potrzebna cierpliwość, na którą w dzisiejszym świecie, nastawionym na skoszonego do statystycznej średniej konsumenta, miejsca zwyczajnie nie ma. A jeśli i tego jest mało, to dostępne są jeszcze programy komputerowe, w których zrobić można wszystko. Nawet jednak to nie zamyka listy. Każdy posiadacz cyfrówki i fotoszopa miałby bardzo znikomy wpływ na kształt globalny dziedziny sztuki, gdyby nie coraz sprawniejsze sposoby dzielenia się własnymi osiągnięciami. Angielskie hasło „share” robi furorę, wkrótce zdjęcia będzie można publikować w Internecie prosto z aparatu, bo po co tracić czas na postprodukcję? Ważniejsze jest samo udzielanie się, dzielenie zdobyczy chwilowego porywu twórczej namiętności od treści tegoż. Zdjęcie staje się więc odpowiednikiem żółtej karteczki post-it z informacją „byłem tu”.

 

Wszystko to wpływa na nasz odbiór fotografii jako takiej. Zmieniają się autorytety. Kiedyś ufaliśmy oczom Bressona, Avedona, Leibovitz, Newtona czy Horowitza. Dzisiaj w świat fotografii (już nie magiczny…) wprowadzają nas znajomi z Naszej Klasy czy jednego z wielu portali internetowych, takich jak OnePhoto, Plfoto czy Obiektywni, w założeniu będących wortalami poświęconymi fotografii, w praktyce kolejnymi portalami społecznościowymi.

 

Jaki ma to wpływ na akt? Nie da się ukryć, że fotografowanie nagości zawsze stanowiło bardzo szczególną strefę sztuki. Coś, co wzięło swój początek w malarstwie – bo pierwsze fotografie aktu, tzw. academies, służyły malarzom do ćwiczeń, na ich podstawie przyszli artyści pracowicie i bez zbędnego pośpiechu trenowali kreskę, postrzeganie ludzkiego ciała, światłocień itd. – przekroczyło zdobytym zainteresowaniem swojego protoplastę. Półtora wieku temu, mówiąc „akt”, miało się na myśli obraz, dzieło Boticellego, Ingresa czy Courbeta (a wspomnieć jeszcze należy, że akt malarski przez wiele wieków był ograniczony do tematyki mitologicznej – fotografia nigdy nie dała się skrępować w tym gorsecie). Teraz, w identycznej sytuacji, jedynie bardzo nieliczni w pierwszej kolejności odniosą swoje skojarzenia do nagości na płótnie, natomiast zdecydowana większość z nas pomyśli o fotografii właśnie. To zresztą dotyczy nie tylko aktu. Zdjęcie zdetronizowało obraz w kulturze masowej, co jest logicznym efektem jego masowego charakteru, zwłaszcza teraz, przy całej jego nieprawdopodobnej dostępności i łatwości partycypacji.

 

Czym jest akt? Ponownie należałoby się pobawić w skojarzenia. W ciemno możemy strzelić, że większość nieprofesjonalnych i niepowiązanych z fotografią odbiorców akt będzie rozumiała dwojako: albo w ujęciu artystycznym, albo pornograficznym. Jedno i drugie jest konsekwencją dwutorowego rozwoju fotografii, wszak oprócz „niewinnych” academies, już ponad sto lat temu popularne były zdjęcia spod lady, srebrowe odbitki, na których nieco otyłe panie (w zgodzie z ówczesną modą) zadzierały spódnice, pokazując nieogolone wdzięki, a nawet scenki bez mała rodzajowe, grupowe, pozbawione wprawdzie narracji, ale ociekające akcją. Cóż, przykro nam rozczarować wielbicieli współczesnych, wspaniałych czasów, ale pornografia wcale nie jest odkryciem minionych lat.

 

Nie ma czegoś takiego jak pełna i kompetentna definicja aktu, w przyrodzie występuje zbyt wiele sposobów kategoryzacji, aby było możliwe stworzenie jednej, wyczerpującej specyfikacji, ale na potrzeby niniejszych rozważań przyjmijmy, że pornografia aktem nie jest. Pornografia – tutaj również musimy schylić się ku uproszczeniom – jest tym rodzajem erotyki, w której dzieje się akcja, konkretna i bez miejsca na domysły. Wcale nie twierdzimy, że podobna klasyfikacja jest słuszna: zieją w niej dziury, przez które przejechałby autobus pełen japońskich turystów, oczywiście obwieszonych aparatami. Ale jako, że nie da się dyskutować o wszystkim, przyjmijmy właśnie takie założenia i skupmy się na sednie sprawy.

 

Przyjrzyjmy się najpierw aktowi komercyjnemu. Tutaj mamy również bardzo szerokie spektrum materiału, sprecyzujmy zatem, że chodzi nam o zdjęcia mainstreamowe, popkulturowe. Te, w których treść i forma idą w zgodzie z popkulturą i mają zacięcie do trendsettingu, nie skłaniają się natomiast do odważnych eksperymentów czy przekraczania granic. Uznajmy zatem, że akt komercyjny, to swego rodzaju zdjęcia typu fashion czy glamour, z tą tylko, jakże niewielką różnicą, że modelki i modele są mniej ubrani. Ale cała reszta pozostaje bez zmian: wszystko lśni i błyszczy, kobiety mają piękne, białe zęby, szczupłe talie, a okoliczności dodatkowe, czyli tło i otoczenie, są starannie ustawione i dopieszczone do granic przyzwoitości. Akt tego typu ma bardzo szczególny smak. Oglądający go widz na języku czuje słodycz luksusu, a w nozdrza uderza mu aromat doskonałości. W takich aktach nie chodzi o naturalizm, o prawdę, o rzeczywistość (chyba, że przyjmiemy je jako punkt wyjścia do… ucieczki). Są to zdjęcia fantastyczne, nawet jeśli użyte do ich wykreowania modelki (i modele) rzeczywiście są tacy szczupli, piękni i obdarzeni cerą, której pozazdrościć mogłaby im chińska porcelana. Bardzo często fotografia tego typu charakteryzuje się dominacją formy nad treścią, bywa nawet, że treści jako takiej nie ma w niej wcale. Tu należałoby na chwilę zwolnić i rozważyć, czym w ogóle jest treść w fotografii aktu, ale aby nie rozbijać wywodu, wróćmy do tego za chwilę. Przerost formy nad treścią stanowi ważny wyznacznik charakteryzujący akt komercyjny, popowy, ale zarazem nie nadaje się jako fundament sztywnej reguły, bo i tutaj zdarzają się ciekawe wyjątki.

 

O popularności aktu „pięknego” świadczy choćby jedno: zainteresowanie modelek. Z obserwacji własnych, tudzież ogólnej znajomości środowiska, wiemy, że każdy chce wyglądać ładniej niż w rzeczywistości. Niewielu fotografów uskarża się na modelki dopytujące, czemu są na zdjęciu szczuplejsze, wyższe, czemu mają pełniejszy i jędrniejszy biust. Niezbadane są wyroki filtrów funkcjonujących w ludzkim umyśle! O oczywistym niebezpieczeństwie pojmowania takiej fotografii w kategoriach podpatrzonej rzeczywistości nie trzeba wspominać. Doczekaliśmy się już całego pokolenia (może nawet kilku) odbiorców, którzy kobiece (lub męskie) piękno postrzegają poprzez zgodność ze sztancą, którą są fotografie w „CKM-ie” czy „Playboy’u” (miesięcznik Heffnera jest w tym temacie głównym trendsetterem i naczelnym piewcą wyidealizowanego aktu). Ale i to jest elementem szerszego obrazu. Na świecie nie brakuje ludzi, którym się wydaje, że jeśli się nie wygląda jak Brad Pitt czy Angelina Jolie, to jest to powodem do niepokoju. Rzeczywiste nie jest to, co jest naturalne, ale to, co widać w telewizji czy gazecie.

 

Mamy jeszcze jeden rodzaj aktu, zwany często „artystycznym”. Czym się różni od komercyjnego? Czasami niczym. Bywa, że jest to po prostu kolejne, tożsame pojęcie. Na czym polega artystyczność typowego aktu? Obserwacja podpowiada, że ścieżek jest kilka. Najczęściej akt artystyczny ze sztuką nie ma nic wspólnego. Utożsamiany bywa ze sterylnymi studiami, gdzie na czarnym lub białym tle popełnia się tak zwane fotografie „światłocieniowe”. O ich wyższości nad każdym innym rodzajem fotografii świadczy podobno fakt, że… nie wszystko na nich widać. Ogólnie jednak to, co akurat widać, nie odbiega od typowego aktu komercyjnego: dominuje retuszowane piękno, szczupłe kibicie, porcelanowe dermy, urągające grawitacji gorsy… Ale nie samym pięknem człowiek żyje, więc, mimo wszystko, znalazło się jeszcze miejsce dla aktu „brzydkiego”. Naturalistycznego, prawdziwego, oddającego rzeczywiste świadectwo ludzkiego piękna, w kulturze popularnej zwanego brzydotą. Pewnym wyznacznikiem pozwalającym wyodrębnić akt artystyczny jest relacja treści do formy. Teoretycznie – czasami czysto teoretycznie – akt tego typu powinien mieć kontekst i przekaz, podczas kiedy zawartość kadru, czyli mniej lub bardziej nagie ciało, sprowadzone jest do roli narzędzia, jego ukazanie zaś nie jest celem samym w sobie.

 

No właśnie. Jak to jest z tą treścią w akcie? Czy jest potrzebna? I czym owa treść jest? Ustalmy, że treść to świadomie nadany kontekst, podtekst, element opowieści. Oczywiście naga kobieta na piasku, rozciągająca w uśmiechu botoksowe usta w pictorialu w „Playboy’u”, będzie opowieścią o oczach każdego heteroseksualnego mężczyzny, ale załóżmy, że nam chodzi o trochę głębszą historię. Nie rozdzielajmy włosa na czworo – jakkolwiek piękne i pociągające jest dla nas atrakcyjne, ludzkie ciało, to przecież oglądając rozkładówkę, nie wychodzimy poza pewien próg jego percepcji. Nasz odbiór takiego zdjęcia sprowadza się do kontemplacji prostego piękna, wycyzelowanej doskonałości postludzkiego wzorca. Są jednak akty, w których rozebranie modelki / modela stanowi zaledwie wstęp do właściwej pracy. Akt artystyczny nakierowany będzie zatem nie tylko na ukazanie ciała, lecz wykorzystanie go jako przekaźnika innego pomysłu. Akt artystyczny wcale nie musi być brzydki, wcale nie musi kontestować, wręcz przeciwnie: może stymulować i podniecać. Wszak rolą artysty jest grać na wielu strunach ludzkiej natury – utkana z nagości opowieść może być poświęcona człowiekowi, ludzkiej cywilizacji, przemijaniu lub oszałamiającej potędze hormonów. Podejdźmy zatem do tematu od innej strony. Ustalmy, że o pozycji dzieła decyduje odbiorca. Jeśli jego wkład w odbiór nie jest potrzebny i aby w pełni odczuć wartość zdjęcia wystarcza mu niezamykanie oczu, wtedy z dużym prawdopodobieństwem możemy określić, że forma dominuje nad treścią, a ta ostatnia nie ma żadnych tajemnic i ukrytych zapadek. W przeciwnym przypadku, jeśli do pełnej konsumpcji aktu konieczne jest zaangażowanie wiedzy, odwołanie się do pozakadrowego kontekstu, a nawet zmuszenie się do poszukiwania ukrytego sensu, wtedy możemy założyć, że twórcy nie chodziło tylko o przedstawienie nagości, lecz raczej o postawienia przed nami zagadki. W rozważaniach tych jest dużo wątpliwości dotyczących prawdopodobieństwa, ale nie sposób mówić tutaj o bezwzględnie obowiązujących schematach. Choćby sam fakt, że za twórczość wzięła się obecnie znaczna część ludzkości, nie zaś jedynie co bardziej wykwalifikowane osobniki, stanowi oczywistą przeszkodę w odgórnym uporządkowaniu problemu. Mamy tutaj do czynienia ze zbyt wielką różnorodnością motywów, doświadczeń, umiejętności, o relacji pomiędzy celowością a przypadkowością działań nie wspominając, by nabrać pewności co do własnego toku myślenia.

 

Z aktu można się wiele nauczyć. Wszystko sprowadza się do tego, z jakich źródeł korzystamy – to one definiują sposób naszego postrzegania. Możemy się cieszyć każdą zmarszczką, odrobiną niedoskonałości, seksowną niepowtarzalnością rysów i linii ludzkiego ciała lub fascynować się lalczanym pięknem z przemysłowej sztancy, gdzie wspaniałe jest to, co już było. Brzmi to może cokolwiek jednoznacznie i potwierdzamy: w sprawie powyższej mamy swoje zdanie. Być może niesłusznie, ale cóż na to się poradzi? Pomiędzy wielbicielami jednego i drugiego typu aktu toczy się wojna. Podstępna, podziemna, totalna. Tu nie ma miejsca na kompromisy, liczy się jedynie pełne zwycięstwo. Nie jest to dobre, ale… cóż, mówimy tutaj o gustach, a gusta z kolei są interfacem, za pomocą którego konsumujemy świat. To bardzo ważna rzecz, trudno więc oczekiwać ustępstw.

 

Powyższe rozważania mogą mylnie sugerować, że poza naszym osobistym, całkowicie subiektywny gustem jest jeszcze coś takiego jak właściwy i niewłaściwy rodzaj aktu. Nic bardziej mylnego! Powiedzmy z całą stanowczością: miejsce jest dla każdego typu aktu, ale i każdy akt ma swoje miejsce. Co więcej, każdy typ aktu jest obudowany własnym kontekstem. Aby się w nim poruszać konieczna jest wiedza i wyczucie oraz przede wszystkim umiejętności. Wbrew skrótowej logice, nie ma czegoś takiego, jak akt łatwy w produkcji (acz, bywają akty proste i trudne w odbiorze). Nie jest łatwo wykonać naturalistyczne zdjęcie nagiego ciała, choć może się tak wydawać. Nie jest również łatwo wykonać pop art z alabastrową skórą. Każdy typ aktu wymaga specjalizacji, doświadczenia. Każdy też czemuś służy. Błędem byłoby założenie, że skoro akty playboyowskie fałszują rzeczywistość i manipulują naszym gustem, poprzez podstawianie nierealnych wzorców, należałoby ich zakazać. Takie zdjęcia spełniają ważną rolę w procesie oswajania i akceptacji ludzkiego ciała i podobnie jak wszystkie inne używki – wymieńmy tylko alkohol czy papierosy – są dla ludzi, którzy potrafią z nich rozsądnie korzystać. Umartwianie się nie może być postawione jako cel nadrzędny, a wyrafinowana, niejednoznaczna treść nie stanowi z automatu wartości samej w sobie.

 

Jaka jest zatem rola aktu dzisiaj i gdzie jest jego miejsce? Z jednej strony akt nie dał się wyciągnąć z szarej strefy, nadal identyfikowany jest jako „coś dorosłego”. Na salonach bywa, owszem, ale w tej piękniejszej, bardziej odrealnionej wersji. Idzie w jednym szeregu z fotografią mody i technologicznie zaawansowanymi glamourami, które z okładek magazynów haute couture: „Vogue”, „Cosmopolitan”, „Elle”, ale i „Playboy”, „CKM”, „Logo” straszą nas, ludzi niedoskonałych, zmęczonych życiem, walczących z podkrążonymi oczami, piwnymi mięśniami i nieproporcjonalnością innych fizycznych walorów. Pod ziemią, w dobrze ufortyfikowanych piwnicach, żyje ruch oporu, którego bojownikami są brzydkie akty, ukazujące prawdę o ludzkich ciałach i pragnieniach środkami wyzutymi z plastikowych wspomagaczy. Najlepsi fotografowie aktu artystycznego potrafią zawładnąć masami, lecz jest ich niewielu. Ci nieliczni mają za sobą potężną machinę marketingową. W rzeczy samej korzystają z broni wroga, a więc z mocy indoktrynacji publikacji mainstreamowych. Ale być może właśnie tak musi być. Gdyby akt alternatywny wyszedł na powierzchnię, gdyby któregoś dnia stał się popularniejszy od swojego piękniejszego, gładszego kuzyna… wtedy pisalibyśmy wzniosłe hymny na temat aktów komercyjnych. Zresztą… aby akt artystyczny wyszedł na światło dzienne w pełnym splendorze, wtedy i on musiałby być artystyczny. Musiałby się sprzedawać i zaciekawiać wszystkich odbiorców, bo tak działa kultura masowa. W takim, jakże nieprawdopodobnym przypadku, to wycyzelowane pod skalpelem fotoszopa piękności bez grama tłuszczu w talii jawiłyby się jako obiecująca i pociągająca przez swoją niepopularność alternatywa.

Reklamy

17 thoughts on “Felieton: Nagie klisze i bezwstydne matryce, czyli akt w fotografii współczesnej

  1. Fotografować każdy może,zgoda.Tu jednak dodam,że balans bieli,kadr(układ obrazu pojęcie z malarstwa) jest potrzebny.Akt dla mnie to sztuka. Pokazać i tu zgadzam się historię ,nie samą osobę to sztuka.Przecież przystępując do działania tworzymy w naszej głowie scenariusz i tu nasza wyobraźnia zaczyna go realizować-to jest moment do dogłębnego przemyślenia naszego zamysłu.A co do definicji piękna i aktu to podejrzewam ,że jest ich tyle ile osób oto zapytamy.Nie ma prostej odpowiedzi na to jest aktem i zarazem pięknem a co budzi nasze zdumienie.
    Nie zmienisz gustów odbiorców,to należy robić od dziecka wpając mu zasadyi rónocześnie pozwalając dokonywać wyborów,tłumacząc nasz sposób myślenia…..

    • nie zamierzam zmieniać gustów, mam pełen szacunek do cudzego spojrzenia… 😉
      a technikalia oczywiście, są ważne, nawet bardzo – są formą, przez którą przemawia treść
      dzięki za długi kom!

  2. -no…no heeeee….gustów nie zmienimy,możemy zaledwie na nie wpływać,pokazując piękno…..i pisząc o nim……………..
    🙂

  3. tylko cytuję: „…Akt, łac. actus – przedstawienie nagiego ciała ludzkiego w sztuce, zazwyczaj wykonane w oparciu o studium z żywego modela. Akt jest jednym z najważniejszych tematów malarskich i fotograficznych w dziejach sztuki, oraz podstawowym tematem rzeźby. Akt może pojawić się jako samodzielny temat, bądź jako część większej kompozycji. Jest uważany za podstawę artystycznego wykształcenia…..”. Tak więc nic dodać nic ująć…….cała otoczka wokół tematu „akt” pozostaje tylko „otoczką”…….?

    • nie potrafię odróżnić co jest otoczką, a co treścią. Gdzie się kończy akt, a gdzie zaczyna jego otoczka? Gdzie się kończy artefakt, a gdzie zaczyna jego kontekst kulturowy? Czy jest możliwe oddzielenie artefaktu jako takiego od kontekstu? Czy istnieje sztuka bez odbiorców, bez analiz, interpretacji i wątpliwości?

      Sporo pytań, jakby co… mam więcej 😉

  4. Jest uważany za podstawę artystycznego wykształcenia-różne są modele(człowiek przedmiot)…….zapytam ,w którym momencie zczynamy mówić o sztuce.Proces tworzenia jest długi-powstaje projektw naszej wyobrażni,następnie go realizujemy….i co dalej…

    • pytanie zasadnicze – w sensie, gdzie się zaczyna sztuka, a gdzie już jej nie ma – ale równie zasadniczy jest brak odpowiedzi. Dodajmy: brak odpowiedzi, który jest odpowiedzią. Tym się sztuka różni od nauk ścisłych, że nie ma okreslonych granic. Jest płynnym pojęciem. Akt – jeśli uznamy, że akt jest wszystkim co nagie – zdefiniować łatwo. Trudniej, jeśli zawęzimy pojęcie o parametry wartości, treści, relacji z formą itd.

      Proces transmisji sztuki, wrażeń artystycznych i ogólnie działań twórczych przebiega zgodnie z modelami komunikacji. Jest ich kilka, ale mnie się podoba teoria Lasswella (model perswazyjny), wedle której za odbiorcą jest jeszcze wyszczególniony efekt. Podobnie Gerbner w modelu percepcyjnym wskazuje na następstwa. To jest chyba kluczowy element sztuki (a więc także aktu): że odbiorca produkuje jakieś efekty. Tak więc, proces tworzenia, tak jak piszesz, zaczyna się w głowie twórcy, jest kodowany symbolami – a więc formą i techniką – dekodowany – między innymi dzięki znajomości bądź nieznajomości kontekstu, po czym w głowie odbiorcy rodzi się wniosek, wspomnienie, impresja. To ona jest celem… A może celem jest dobra zabawa? 😉

      • Rzecz w tym, przy innych fotkach większość ludzi ocenia kadr, światło, ostrość i inne rzeczy, i jest to coś co daje mi podstawy do wybronienia się merytorycznego (o ile zdjęcia nie bronią się same). Jeśli opublikuję akt, to oceniane będą cycki, fałdki na brzuchu itd., a to jest coś z czym nie da się dyskutować inaczej niż „pokaż swoje, zobaczymy czy masz lepsze”, czyli z dyskusji merytorycznej zrobi się przedszkolna przepychanka. Ewentualnie pojawią się zgorszeni ludzie, którzy w ogóle golizny nie tolerują i będą mnie wyzywać od kurew (i nie że przesadzam, tylko nie takie rzeczy w internetsach widywałam).

        • nie do końca jest tak jak mówisz. Jest miejsce dla aktu artystycznego, rozumianego jako relację treści i formy. Dobry akt musi spełniać wszelkie wymogi dobrego zdjęcia – musi być technicznie odpowiedni (odpowiedni, bo nie zawsze oznacza to, że ostry i bardzo czytelny). Ludzie na poziomie nie zipią na widok cycków. A jeśli ktoś nie potrafi odróżnić nagości rozumianej jako element sztuki od nagości erotyczno-pornograficznej, to jest to jego problem. Zresztą, czy zależy Ci na ocenie zdjęć przez piętnastolatków? Zgorszonymi ludźmi też nie ma co się przejmować, statystyka jest nieubłagana, oprócz zdrowego środka zawsze pojawią się góry i doły ekstremów… Moja rada: jeśli masz zdjęcia, do których masz przekonanie, to wal śmiało i nie patrz na potencjalnych oszołomów. Prawdopodobnie się zdziwisz podejściem ludzi – zresztą, poczytaj komentarze u nas: ani jeden nie był wymoderowany, wszystkie są na poziomie i kulturalne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s