Felieton: O jednym takim, który nie umiał po polsku i drugim, który do bożych krówek czuł awersję…

Polskę i świat zelektryzowała wstrząsająca wiadomość: Jego Wysokość Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Niewiadomego Numerka (Trzecia? Czwarta? Piąta? Trzecia-I-Pół? Czy jest ktoś na bieżąco?) nie potrafi pisać po ortograficznemu. Większość Polaków – co wiemy z własnych doświadczeń – nie do końca wie, czym owa ortografia jest, ale zakładają, że pewnie ma coś wspólnego z masłem i ogórkiem kiszonym. Mimo to, skoro atrament się wylał i poplamił nasze najlepsze spodnie, czyli: news spodobał się mediom i zaczął żyć życiem własnym, nie wypada się do owej niewiedzy przyznać. Tak więc, o ile do tej pory każdy Polak znał się na skokach narciarskich i wyścigach formuły jeden, to teraz będzie się także znał na ortografii…

Rzecz byłaby jednak prostsza, gdyby nie dotyczyła Prezydenta. Kim jest prezydent w naszym kraju? Przywódcą narodu, showmanem stojącym na świeczniku i reprezentującym nas w sposób apolityczny – tym ostatnim różni się od premiera, który jest zarządcą majątku i dysponentem partyjnym. Od prezydenta nie oczekuje się załatwiania bieżących spraw, temu służy premier właśnie. Prezydent powinien ładnie się uśmiechać, pozować do zdjęć, zapraszać inne głowy państw, jeździć w odwiedziny i wygłaszać piękne choć bzdurne oświadczenia. Czy powinien znać zasady ortografii? I tak, i nie. Nie musi być wszystkowiedzącym i bezbłędnym herosem, oczywiście nie zaszkodziłoby, gdyby i taki się trafił, ale spójrzmy prawdzie w oczy: ostatni naprawdę mądry polityk został zastrzelony chyba przez Niemców w czasie drugiej wojny światowej, a wraz z nim nieodwracalnie przepadły cenne geny. Cieszmy się więc z tego, co mamy. Samo jednak stwierdzenie, że prezydent nie musi przypominać postaci z komiksów Marvella sprawy nie załatwia. Po to ma swoją kancelarię, kosztującą nas grube, naprawdę grube miliony, aby takie niuanse wychwytywać. A skoro jest dysortografem (jako i piszący te słowa), to przecież ktoś mu może w uszko szepnąć: „Bronek, pamiętaj: o z kreską!”

 

O kondycji naszej sceny politycznej świadczy równie ciekawy lapsus niedoszłego Napoleona, a więc Jeszcze Wyższej Jego Wysokości Pana Kaczyńskiego, który teraz jest głównym napastnikiem w drużynie opozycji, ale do niedawna sam jeszcze bawił się w syndyka masy upadłościowej… pardon: był premierem. Pan Kaczyński, choć miewa naprawdę dobre momenty, ma także nieposkromiony talent do momentów… ciekawych. Stwierdzenie, że w Biedronce zakupy robi biedota, nie jest niczym niezwykłym. Wszak ile razy na co dzień słyszymy podobne słowa z ust otaczających nas ludzi? Któż z nas nie zna przynajmniej paru Kowalskich i Fąfarów, którzy na śniadanie jedzą suchy chleb, nosem przepychając poza zasięg szczęk ostatni kawałek kiełbasy, ale w słowie mówionym pozują na co najmniej multimiliarderów. Jeśli wierzyć temu, co ludzie gadają, to w hipermarketach i zwykłych marketach, także tych dla biedoty, powinny ziać pustki. Ale wystarczy podjechać wieczorkiem lub w niedzielę. Obok tico czy seicento nie raz i nie dwa zaparkuje SUV z górnej półki czy wydmuchana limuzyna. Oczywiście zasada nadrzędna nie brzmi, że ci ludzie nie robią zakupów w marketach. Nie, właściwa zasada kładzie nacisk na nierobienie zakupów w tych marketach, w których można zostać rozpoznanym…

 

Wracając jednak do Pana Kaczyńskiego, podziwiać go można za cokolwiek samobójczą chęć mówienia tego, co mu do głowy przychodzi (a są to myśli – bądźmy szczerzy – które zasłużenie lub częściej niezasłużenie uderzają w siedzibę rozumu bardzo wielu spośród nas, może nawet wszystkich). Winić należy za to, że chęci owej nie poskromił w sobie. Jest co prawda ciekawiej, ale jaki kształtuje to obraz naszej sceny politycznej?

 

Jacy są nasi politycy? Nie znają ortografii, nie mają kont w bankach, a zakupów nie robią w Biedronce. Śmigają autami, nie bacząc na ograniczenia prędkości, nie kasują biletów w autobusach. Każą się wozić śmigłowcami i limuzynami – przynajmniej ci, którym się nie chce nie kasować biletów w autobusach. Skąd my ich wytrzasnęliśmy? Niestety, wzięli się spośród nas. Są tacy jak my: niedouczeni, ale zżerani przez kompleksy i zazdrość. Tak bardzo chcą być wielcy, że ubierają się w najbardziej ekstremalną nawet małość i śmieszność. Ale uwaga – śmiejąc się z nich, śmiejemy się z nas samych, tych, którzy ich wydali ze swojego społecznego łona i którzy dali im mandat do sprawowania władzy nad kolejną Rzecząpospolitą.

 

I kto tu jest śmieszniejszy?

 

Cóż, prawdziwy ból zaczyna się od „bulu”… później zaś jest jeszcze ciekawiej i coraz mniej „nadzieji”.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s