„Mr. Nobody” – recenzja filmowa

Nie tak dawno temu mieliśmy okazję obejrzeć film „Mr. Nobody„. Zaciekawił nas na tyle, by chciało się nam skrobnąć kilka słów na jego  temat.

Zapraszamy do przeczytania naszej wspólnej recenzji filmu.

 

D.: Kiedyś, dawno temu, w innej galaktyce stanów umysłu, obejrzawszy słynny „Fight Club” (czyli „Podziemny krąg”) stwierdziłem, że fabuła tego filmu jest tak irracjonalna i nierzeczywista, że zdaje się wręcz sondować moją zdolność do przyswojenia tejże opowieści. Dzisiaj, mądrzejszy o parę setek innych tytułów, wcale już tak nie myślę, co więcej, gotów jestem przyznać, że niewiele mnie może zaskoczyć. A przynajmniej tak uważałem, do czasu… „Mr. Nobody”. Teraz mam wrażenie, że historię kinematografii trzeba napisać na nowo, bo granice, nienaruszalne jeszcze chwilę temu, dzisiaj zostały przesunięte ku odleglejszym horyzontom. Dzieło Jaco van Dormaela – dodajmy na wstępie, że bardzo kontrowersyjne – stanowi bowiem drobną rewolucję w świecie filmu. Taką samą, jaką spowodowało nie tak dawno temu upowszechnienie efektów cyfrowych. O ile jednak pierwszy etap tej rewolucji doprowadził do odświeżenia „Gwiezdnych Wojen” (by błyszczały nowym światłem) czy powstania tak silnie zdigitalizowanych dzieł jak „Final Fantasy” czy „Avatar” to „Mr. Nobody” stanowi krok w nieco inną stronę. Nadal do przodu, ale jakby w bok. Efekty cyfrowe i oparta na komputerach zdolność tworzenia jakiejkolwiek opowieści służą tu bowiem całkowicie innemu zamysłowi. Jak rzadko kiedy miałem wrażenie, że twórca opanował nowoczesną technikę, ścisnął ją mocno w garści, a nawet nieco upokorzył, bo zepchnął na drugi plan. Na pierwszym jest Opowieść: dziwna, zakręcona, niejednoznaczna. Ale jednak Opowieść.

 

I.: Oj, dziwna, dziwna… Właściwie o wszystkim i o niczym: o miłości i jej braku, o starości i młodości, życiu i śmierci, decydowaniu o własnym losie i konieczności zmieszczenia się w konkretnej, narzuconej odgórnie przez los, konwencji. Do tego jeszcze dodajmy, że w „Mr. Nobody” pojawia się opowieść w opowieści. Zresztą, na wielu różnych poziomach. Najbardziej oczywistym jest poziom literacki, a więc to, że Nemo, główny bohater, pisze książkę, z której fragmentami możemy się zapoznać. Są także konteksty kulturowe. Oglądając film Dormaela, nie mogłam przestać myśleć o „Efekcie motyla”, może mniej zakręconym od „Mr. Nobody”, ale równie oryginalnym. No i w szczątkowym sensie dotyczący tego samego – tego, jak każdy nasz wybór wpływa na resztę naszej (i nie tylko…) egzystencji. Można by także zastanowić się nad pochodzeniem imienia bohatera. „Nemo” to, rzecz jasna, nikt (a więc Nikt Nikt…), ale wielbicielom Verne’a – słusznie, niesłusznie? – może skojarzyć się z postacią słynnego kapitana. W końcu i film, i powieści Francuza ukazują potęgę nauki, jej rolę w wyzwoleniu człowieka…

 

D.: Nemo kojarzyć się może jeszcze z pewną animacją Pixara, ale dowcip Dormaela nie sięgnął chyba aż tak daleko. Albo i blisko, bo kto wie, czy wielu widzom niezwykłe imię bohatera nie skojarzy się w pierwszej kolejności właśnie z dzielnym Amphiprionem, zwanym potocznie błazenkiem… Dygresja akwarystyczna prowadzi nas jednak donikąd, wrócę więc do głównego tematu. Nawiązania literackie są fascynujące, ale „Mr. Nobody” to przede wszystkim wielka księga odwołań kinematograficznych. To film o filmie, dzieło o sztuce kręcenia filmów, a zarazem rozprawa z całą grupą wcześniejszych eksperymentów. Dormael poszedł naprawdę daleko, kompilując strukturę fabuły w sposób, o jakim nie śniło się innym twórcom mainstreamowych dzieł. A przecież nie on pierwszy spróbował opowiedzieć swoją historię inaczej. Weźmy choćby „Memento” Christophera Nolana, w którym podwójna narracja uwzględniła także regresywną, cofającą się akcję, a wydarzenia poznawaliśmy na wspak: od ostatnich po pierwsze. Podobny zabieg zastosował Gaspar Noe w „Nieodwracalne”. W obu dziełach mieliśmy do czynienia z przestępstwem – morderstwem i gwałtem – retrospektywa była więc swego rodzaju odpowiednikiem dedukcji detektywa, z tym że uzasadniona była bardziej emocjonalną impresją niż naukową kalkulacją. U Dormaela nie ma nawet tak klarownego wyjaśnienia zaburzeń czasu akcji.

 

I.: Tak właściwie, to nie wiadomo, czy w „Memento” rzeczywiście doszło do morderstwa, poza tymi, rzecz jasna, których dopuścił się główny bohater. A wracając do filmowych prób eksperymentowania z czasem akcji… ciekawą propozycją jest „Przeczucie” z Sandrą Bullock. Tu wydarzenia nie tyle się cofają, co zostały zupełnie przemieszane: dzień śmierci męża postaci granej przez Bullock, następnie – w różnej kolejności – dni tygodnia poprzedzającego wypadek samochodowy… wszystko po to, by podjąć próbę odmiany losu. Z zupełnie innej beczki, miałam też skojarzenie z … „Amelią”. Oczywiście, nie na poziomie fabularnym, lecz wizualnym. Sceny ukazujące Nemo w kamizelce w kratkę, siedzącego na łóżku na tle tapety w identyczny wzór, przypomniały mi dopracowane do ostatniego detalu kadry „Amelii”, szczególnie kolorystycznie. Do tego oba filmu, choć „Mr. Nobody” zdecydowanie mniej, ocierają się o granicę absurdu.

 

D.: „Mr. Nobody” zaciekawia wizualnie i konstrukcyjnie, ale nie wypada zapomnieć o oprawie muzycznej. Niby nic wielkiego: kilka utworów na krzyż, sączących się z głośników wielokrotnie w trakcie seansu, a jednak… Rzadko który film wzbogacony został o tak ciekawie dobraną ścieżką dźwiękową. Instrumentalny utwór tytułowy Pierre’a Dormaela – brata reżysera – oraz świetne „Where is my mind” Pixies (skądinąd, kawałek ten wykorzystany został także we wspomnianym już „Podziemnym kręgu”), „Everyday” Buddy Holly czy niesamowity, klasyczny już „Mr. Sandman” wpadają w ucho i nie jest łatwo je z owego organu usunąć. Ewidentną złośliwością losu jest fakt, iż płyta z soundtrackiem jest praktycznie niedostępna, a niejednego kolekcjonera muzyki filmowej ucieszyłaby nie mniej niż kolejne składanki Quentina Tarantino.

 

I.: Kolejnym walorem filmu jest obsada, a szczególnie powierzenie roli głównej Jaredowi Leto. Leto nie jest w końcu nowicjuszem. Zagrał już w kilkudziesięciu filmach, w tym w „Aleksandrze”, „American Psycho”, „Requiem dla snu”, „Przerwanej lekcji muzyki” i wielu, wielu innych. W jego grze czuć jednak niezwykłą świeżość i szczerość. Doprawdy zdumiewająca jest umiejętność, z jaką wciela się w różne oblicza Nemo (w sumie aż… dwanaście wersji jednej postaci!). Nieco mniej rzuca się w oczy, mimo równie perfekcyjnej kreacji aktorskiej, postać ojca Nemo. Zagrał ją Rhys Ifans, Walijczyk, którego nie sposób nie lubić także za… genialną rolę Spike’a w „Notting Hill”.

 

D.: Ja bym do tej listy dodał jeszcze Diane Kruger, która grała w filmie jedną z żon Nemo (politycznie poprawniej zabrzmi, że była małżonką jednej z jego wersji…). Nie jest to aktorka bardzo rozpoznawalna, ale przecież swoje już odegrała. Widzowie mogą ją pamiętać choćby z roli Anny Holz w „Kopii mistrza” Agnieszki Holland lub samej Heleny w „Troi” Wolfganga Petersena. Ale wracając do rzeczy: „Mr. Nobody” ma wiele mocnych punktów. Jest widowiskowy, świetnie pomyślany (i rozegrany), nietuzinkowy. Wpada w oko i ucho. A jednak… na każdy pozytywny komentarz podnoszą się dwa negatywne. Czy „Mr. Nobody” nie jest zbyt dobry? Zbyt misternie skonstruowany? Czy, mimo wszystko, nie jest trochę przegadany i przesycony treścią, obrazami, zmyłkami? Nie jest to film, który łatwo poddałby się konsumpcji kinowej. Sto czterdzieści minut to stanowczo zbyt długo, nawet jak na wygodę oferowaną przez fotele w nowoczesnych multipleksach. Zastanawiam się nawet, czy w ogóle ten film można przełknąć, nie dzieląc go na dwudziestominutowe epizody i nie posiłkując się notatnikiem, ewentualnie pilotem z funkcją cofania? I pytanie finalne: czy „Mr. Nobody” odniósł sukces, czy raczej okazał się ślepą uliczką? Kosztujący ponad czterdzieści milionów dolarów obraz, a więc stosunkowo drogi jak na europejskie warunki, zarobił na siebie (i to z nawiązką), ale zdobył tylko kilka nagród (w Wenecji, Katalonii, Sztokholmie, Belgii), a bywał wymieniany także jako… najgorsza pozycja 2010 roku.

 

I.: No cóż… i odniósł sukces, i nie odniósł jednocześnie. Już nawet to, że sprowokował tyle komentarzy i wzbudził tyle skrajnych emocji, można by określić mianem sukcesu. Niestety, we współczesnej kinematografii film, który wywołuje dyskusje, zmusza do myślenia, a jednocześnie jest rozkoszą dla oczu i uszu, to prawdziwa rzadkość. Co jak co, ale nam tam się podobał, prawda? Może tylko… polecając go… pozwolimy sobie zasugerować, by nie oglądać go na jedno posiedzenie 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s