Wywiad z Robertem Cichowlasem i Kazimierzem Kyrczem Jr.

Robert Cichowlas i Kazimierz Kyrcz Jr. wydali niedawno kolejną wspólną powieść – klimatyczny horror „Efemeryda”. Mieliśmy okazję recenzować książkę dla Gildii – recenzję można przeczytać TUTAJ.

 

Wywiad zamieszczony został na Gildii Literatury 21 lutego 2011, a więc tydzień temu. W oryginalnej wersji dostępny jest oczywiście na łamach Gildii – TUTAJ, a dodatkowo zachęcamy do przeczytania go również na naszym blogu.

Zainteresowanych odsyłamy także na oficjalny blog Kazimierza Kyrcza Jr. oraz blog Roberta Cichowlasa. A tymczasem, zachęcamy do lektury wywiadu:

 

Darek Barczewski (D.B.): Witam Was i na początek obiecującego wywiadu proponuję trochę symboliki. Znamienny wydaje się tytuł Waszej nowej powieści: „Efemeryda”. Nie narzucając nikomu nadrzędnej interpretacji, która z opcji wydaje się Wam bliższa: czy to szeroko rozumiana normalność, bezpieczeństwo i trwałość pozornie niezmiennych reguł naszego świata są mydlaną bańką, czy wręcz przeciwnie: ulotne jest szaleństwo?

Robert Cichowlas (R.C.): Całe nasze życie jest jak mydlana bańka. Nigdy nie wiesz, kiedy pęknie. „Efemeryda” wspomina o tym, na pewno. Ale nie tylko o tym…

Kazimierz Kyrcz Jr. (K.K.J.): Moje opowiadanie „Zabłocie” spuentowałem stwierdzeniem, że w otaczającej nas rzeczywistości nie ma żadnych reguł. Niestety, jak dotąd nie zdarzyło się nic, co uwolniłoby mnie od tego przykrego przekonania.

D.B.: W „Portrecie Doriana Gray’a” demonicznym fetyszem, w którym skupiona została moc odkształcania rzeczywistości i kontrolowania czasu jest portret. Jego zniszczenie przerywa magiczny seans i „resetuje” akcję. Do skandalizującego ongiś dzieła Oskara Wilde’a odwołujecie się na kilka sposobów, a metoda, którą to czynicie, zdaje się podpowiadać, że w „Efemerydzie” jest drugie dno, którego znaczenie, niczym treść kodu pewnego Leonarda, mogą odkryć jedynie znawcy klasycznego dzieła.

K.K.J.: „Efemerydę”, podobnie jak to ma miejsce w przypadku „Portretu Doriana Gray’a” można czytać przynajmniej na dwa sposoby. Po pierwsze: jako utwór przygodowy czy wręcz rozrywkowy, po drugie: jako dzieło literackie z wcale nieoczywistym przesłaniem. W moim przekonaniu paralele pomiędzy obiema powieściami nie ograniczają się do ozdobników czy imion postaci.

R.C.: Ja bym dodał, że drugie dno jest niczym w puszce do przemytu próbek DNA. Jestem pewny, że baczny Czytelnik je dostrzeże.

D.B.: O tym, że kojarzy się Was z Mastertonem (a może i Kingiem…) wspominać nie potrzeba. Ale jak odnieślibyście się do stwierdzenia, że w „Efemerydzie” widać… pociągnięcia pędzla Hieronimusa Boscha? Czy jego obrazy tkwiły gdzieś w Waszych umysłach podczas prac nad „Efemerydą”?

R.C.: Twórczość Boscha może rozbłysnąć Czytelnikowi w głowie, gdy ten zakotwiczy się już w fabule „Efemerydy”, gdyż pewne obrazy z prac tego twórcy pasują atmosferą do niektórych scen z naszej powieści. Osobiście niezwykle lubię twórczość Boscha, a stwierdzenie, że w naszej książce widać pociągnięcia jego pędzla, po prostu mi schlebia.

K.K.J.: Celne spostrzeżenie. Szczerze mówiąc, piekielne wizje Boscha są mi bardzo bliskie. Pisząc niektóre sceny „Efemerydy”, nie całkiem świadomie starałem się uzyskać podobny efekt. A skoro o tym wspomniałeś… Wychodzi na to, że moja podświadomość rządzi.

D.B.: Mamy filmy inspirowane książkami, ale i książki powstałe na bazie… gier komputerowych, malarstwo natomiast zdaje się wyjątkowo rzadko przenikać do literatury. Jak postrzegacie miejsce twórcy, przede wszystkim pisarza: w opozycji do innych dyscyplin, czy raczej w kategorii komplementarności?

R.C.: Ja od dawna miewam stany, w których na czoło wysuwają się rozmaite wizje, związane z obrazami. Napisałem kilka opowiadań, swoistych interpretacji dzieł wielkich mistrzów, jak choćby „Krzyk malarza” ze zbioru „Twarze szatana”. To opowiadanie wyjaśnia, w jakich okolicznościach powstał obraz Muncha. Inny tekst, „Kościół w Auvers” z antologii „Białe szepty”, to moja interpretacja ostatniego listu, jaki Van Gogh zostawił swojemu bratu przed śmiercią. Napisałem też kilka tekstów nawiązujących do dzieł Dali’ego – wprost uwielbiam dzieła tego surrealisty! Miejsce pisarza jest tam, gdzie jego wyobraźnia.

K.K.J.: Nie sądzę, by pisarz był kimś lepszym od malarza czy filmowca tylko ze względu na to, że para się literaturą. Myślę, że każdy świadomy twórca powinien, a nawet ma obowiązek, czerpać inspiracje z dokonań innych dziedzin sztuki. Tak zresztą często się dzieje. Plastycy czerpią z książek, muzycy z malarstwa impresjonistycznego… Dzięki temu odbiorca może skorzystać, bo otrzymuje dzieło ciekawsze, na swój sposób pełniejsze. Oczywiście, jeśli dany twórca potrafi przekuwać kosy na sztorc, co jak wiemy, nie jest regułą.

D.B.: A dzisiejszy enfant terrible panteonu kreacji: twórczość elektroniczna?

K.K.J.: Muzyka elektroniczna bywa spoko, szczególnie połączona z damskimi wokalami… Grafiki komputerowe podobnie, jedynym ograniczeniem wydaje się wyobraźnia twórcy, no i oczywiście możliwości techniczne sprzętu. Jeśli w tak wirtualną materię uda się komuś tchnąć duszę, wtedy jestem „za”. Na gry niestety nie mam czasu, choć pamiętam, że kiedyś spróbowałem zmierzyć się z „Obcym” i po kilkugodzinnej sesji miałem tak wyprany mózg, że wychodząc na osiedle mimowolnie rozglądałem się na boki, w obawie, by coś nie skoczyło mi do gardła. Cóż, wprawienie mnie w taki stan z pewnością było pewną formą sztuki.

R.C.: Nie czuję się mocny w wymienionych przez Ciebie sferach. Dawno temu grywałem w gry komputerowe, zwłaszcza pociągały mnie wyścigi samochodowe, ostatnio jednak nie mam na to czasu. Jak raz na miesiąc pobawię się w symulatorze lotu, to jest huk! A szkoda, bo uwielbiam latać i niegdyś w wirtualnych zawodach w pilotowaniu boeinga zajmowałem czołowe miejsca!

D.B.: Wróćmy jeszcze na chwilę do nawiązań. Czym Oskar Wilde zasłużył sobie na wizytę w krainie koszmarów?

K.K.J.: Kiedy dyskutowaliśmy z Robertem o tym, jak ma wyglądać „Efemeryda”, zaświtało mi w głowie, że „Portret…” zawiera wbijającego w fotel twista, opartego na osobie głównego bohatera, a nam właśnie coś podobnego się marzyło. Poza tym Dorian stworzony przez Wilde’a, wbrew temu co utarło się w zbiorowej świadomości, jest osobą niejednoznaczną moralnie, a tę cechę także chciałem zaszczepić naszemu Dorianowi.

R.C.: Dorian jako najbardziej „psychologiczny” bohater naszej książki był oczkiem w głowie Kazka, ja bardziej koncentrowałem się na postaci Artura Gałeckiego, pilota liniowego, między innymi z racji mojej pasji do lotnictwa. Kiedy Kazek przedstawił mi swój pomysł, aby nawiązać do „Portretu…” w naszej książce, akurat byłem mocno zajęty pracą nad innym rozdziałem i pomyślałem sobie jedynie: „Czemu nie? Zobaczymy, jak to wyjdzie!” Wyszło świetnie.

D.B.: Tak, bez wątpienia zabieg był udany i to w powieści widać. A skoro już o Oskarze Wilde mowa, to warto pamiętać, że był postacią ciekawą także z powodu… politycznej niepoprawności. Aluzje homoseksualne w jego prozie pomogły mu zdobyć spore grono wrogów. Minęło trochę czasu, ale czy dość, by bohater o nietypowych skłonnościach… i nie wchodźmy w szczegóły, czy dotyczą one priorytetów łóżkowych czy innych, miał szansę stać się ulubieńcem czytelnika?

K.K.J.: Jakkolwiek brzmi to dość banalnie, podpisuję się pod stwierdzeniem, że dla twórcy nie ma nic gorszego niż obojętność. Nawet negatywne emocje są przecież emocjami, a o to chyba w twórczości chodzi. A co do ulubieńców, moich czy czytelniczych, liczy się to, by postaci literackie były wyraziste. Nie musimy wcale zgadzać się z ich poglądami czy akceptować słabości, by po prostu ich lubić.

D.B.: Pisanie to tytaniczna praca, ale jak się ma do tego pisanie we dwójkę? Czy jest to przygoda podwójnie kłopotliwa czy wręcz przeciwnie: łatwiejsza?

R.C.: Ani podwójnie kłopotliwa, ani łatwiejsza. Kiedy wypuszczaliśmy na rynek „Twarze szatana”, naszą pierwszą książkę, byliśmy tak podekscytowani, że kolejna powstała niedługo potem. Dotarliśmy się, to na pewno, dzięki czemu pisanie w duecie nie sprawia nam trudności. Zauważyłem jednak, że każdy kolejny projekt, jaki bierzemy na tapetę, zmuszeni jesteśmy obgadywać dłużej, niż to było kiedyś. Wynika to pewnie z faktu, że życie prywatne każdego z nas bardzo się ostatnio zmieniło. Mnie urodził się syn, Kazkowi córka. Mamy mnóstwo na głowie, a czasu na pisanie niewiele. Niekiedy trzeba po prostu wracać do pewnych tematów, na nowo je analizować, przypominać sobie niektóre rzeczy itp. Taki lajf.

K.K.J.: A moim zdaniem łatwiejsza i trudniejsza zarazem. Bywają momenty, że staję przed ścianą własnych ograniczeń i wyobraźnia Roberta stanowi wtedy doskonałe antidotum. Bywają też chwile, że mam ochotę rzucić Robertem właśnie o… ścianę. Na szczęście tych pierwszych jest jednak bez porównania więcej.

D.B.: Rzucanie o ścianę brzmi… interesująco ;-). Czy twórczość grupowa jest groźna dla zdrowia?

K.K.J.: Pewnie każdy miał okazję zauważyć, że umiejętności społeczne zarówno wśród starszej, jak i młodszej części naszego społeczeństwa są w zaniku. Pisanie w duecie, bo na tym akurat trochę się znam, rządzi się podobnymi prawami jak inne interakcje. Jako takie może więc być zarówno formą terapii, jak i szkołą życia. Na przykład człowiek chce być miły, uważając, że ktoś odpłaci mu tym samym. Potem jednak – widząc, że kilka razy z rzędu zostaje olany – uczy się samemu nie odpisywać na mejle. Asertywności nigdy dość.

R.C.: Chwała Bogu, my potrafimy ze sobą współpracować i to jest dla mnie najważniejsze.

D.B.: A pomysł na wspólne pisanie przyszedł z…?

K.K.J.: Ode mnie. Robert z pasją opowiadał mi o swojej fascynacji symulatorami kolejowymi, a mnie w głowie od kilku lat siedział pomysł na opowiadanie „kolejowe”. Pomyślałem, że jeśli połączymy siły, powstanie coś wartościowego. W ten sposób narodziło się „Sex Machine”, które do tej pory jest jednym z moich ulubionych opowiadań.

R.C.: Następnie napisaliśmy kilka innych opowiadań, po czym przyszła pora na „Efemerydę”, pierwszą powieść, jaką wspólnie popełniliśmy.

D.B.: Poczta pantoflowa donosi, że z publikacją „Efemerydy” mieliście trochę kłopotu. O tym, że rynek wydawniczy w Polsce nie ma lekkiej ręki dla twórców wiadomo nie od dziś, ale przecież Wy swój debiut macie już dawno za sobą. Trudno Was uznać za „materiał ryzykowny”. Skąd zatem te trudności? Kurczy się przestrzeń na rynku, czy raczej jest to kwestia konkretnego formatu?

R.C.: Forma ostateczna, jaką przyjęła „Efemeryda” jest taka, jaka być powinna. Musiało jednak minąć trochę czasu od momentu jej napisania do momentu publikacji. Rzecz musiała odleżeć swoje. Jest to opowieść specyficzna, fabularnie bardzo zakręcona. Bohaterów jest wielu, co za tym idzie dialogi to cholernie istotna kwestia, zwłaszcza w przypadku „Efemerydy”. To wszystko zostało wypucowane, dopracowane. I w odpowiednim momencie puszczone w świat.

K.K.J.: Parę razy słyszeliśmy od wydawców czy redaktorów coś w tym stylu: „Powieść jest bardzo dobra, świetnie się ją czyta, ale…” i w tym miejscu wypowiedź stawała się mętna jak bajoro za stodołą wujka Waldemara. Problem z „Efemerydą” jest taki, że nie da jej się przypiąć łatwo rozpoznawalnej łatki, a większość wydawców unika takich utworów jak ognia. Podobne sytuacje, co oczywiste, zdarzają się i innym autorom… Cóż, taką cenę płaci się za odwagę.

D.B.: Czy horror to gatunek hermetyczny?

K.K.J.: Nie, zresztą w obecnych czasach chyba nie ma już takich gatunków.

R.C.: Horror jako gatunek literacki coraz śmielej poczyna sobie na rynku. O ile wydawcy nadal będą to dostrzegać, stanie się jeszcze bardziej popularny. Zanim to jednak nastąpi, zapewne minie trochę czasu.

D.B.: Idąc dalej tym tropem: czy horror to gatunek łatwy dla twórcy?

R.C.: Dla twórcy, który siedzi w horrorze od lat, pasjonuje się nim, jest oczytany, wie, z której strony przyłożyć, potrafi pisać i aż pali się, aby zasiąść przed kompem i tworzyć… łatwy. Dla autora, który staje w szranki z gatunkiem po raz pierwszy, napisanie książki zapewne jest trudniejsze, choć wielu udowodniło, że „ten pierwszy raz” był naprawdę odlotowy.

K.K.J.: Wiele zależy od autora, od tego czy ma w sobie wystarczające pokłady empatii, by wczuć się w lęki czytelnika i w przekonujący sposób wydobyć je w tekście. Mój znajomy gitarzysta, z którym grałem w jednym zespole, wysnuł kiedyś taką teorię, że technika gry jest sprawą ważną, lecz nie najważniejszą. Ktoś, kto przychodzi na koncert, oczekuje, że muzyk naprawdę da z siebie wszystko, że emocje zawarte w poszczególnych piosenkach są autentyczne. Bez tego ani rusz. Podobnie jest z pisaniem. Nie ma półśrodków. Albo albo.

D.B.: Pora na najbardziej unikalne pytanie w dziejach. Tak, tak… bójcie się ;-). A więc… ulubieni pisarze, ukochane książki?

R.C.: Cała twórczość Grahama Mastertona, Jamesa Herberta, Karin Slaughter, Morta Castle’a. Tego jest naprawdę mnóstwo. Mógłbym wymieniać bez końca.

K.K.J.: Od lat te same: „Zero” i „Urazy mózgu” Kathe Koji, „Kraina Chichów” Jonathana Carolla, „Pistolet z pozytywką” Jonathana Lethema, „Upiorna opowieść” Petera Strauba… No i oczywiście „Mistrz i Małgorzata”.

D.B.: Intrygująca kolekcja. A są książki których, parafrazując pewien znany cytat, nie czytacie w szczególności?

R.C.: Ja daję szansę każdemu autorowi, niezależnie od tego, co pisze. Jako recenzent czytam mnóstwo rozmaitych rzeczy, czasem tak kiepskich, że włos się jeży. Nie mam jednak listy rzeczy, które mnie totalnie odstraszyły. Może dlatego, że nie czytałem sagi „Zmierzch”?

K.K.J.: Mam tak mało czasu na czytanie, że po prostu nie czytam dennych książek. Wyleczyłem się już z tego, co było moją zmorą jeszcze za studenckich czasów – wtedy, nie zważając na cierpienie i ból zębów doczytywałem do końca wszystkie teksty, które nieopatrznie zacząłem.

D.B.: Czy duet Kyrcz & Cichowlas ma przed sobą przyszłość w oczach obojga aliantów?

K.K.J.: To zależy nie tylko od nas, ale i od Czytelników. Zauważam to z pokorą, której ostatnio uczę się, bez przyjemności zresztą.

R.C.: Jestem w tej kwestii optymistą. Bardzo ciężko pracowaliśmy na uznanie Czytelników. Myślę, że kilka fajnych książek jeszcze przed nami. Nie ograniczamy się jednak w żaden sposób, nie hamujemy nawzajem.

D.B.: W zeszłorocznym wywiadzie, którego udzieliliście Gildii, wspomnieliście, że w przewidywalnej przyszłości nie planujecie akcji indywidualnych. Czy w toku dotychczasowej współpracy nie zebrało się w Was dość pozytywnej, twórczej złości, by jednak na chwilę wyskoczyć z dobrze ufortyfikowanej pozycji i przeprowadzić samotny rajd?

R.C.: Dla mnie jest zbyt wcześnie, aby konkretyzować. Mamy z Kazkiem na tapecie kilka projektów, które planujemy zamknąć w najbliższej przyszłości i na tym będę się teraz koncentrował. Wraz z Piotrem Pocztarkiem domykamy biografię Grahama Mastertona, która rozrosła nam się diabelnie, a czas pracy nad nią niesamowicie wydłużył. Mam pomysł na powieść, którą za jakiś czas napiszę samodzielnie, gdyż wiem, że Kazkowi tematyka, jaką chcę poruszyć, by nie przypasowała. Ale kiedy zacznę ją pisać, tego jeszcze nie wiem. Pomysł musi zostać odpowiednio spisany i swoje odleżeć.

K.K.J.: Skończyłem czterdzieści lat. Jakkolwiek młodo się czuję, prawda jest taka, że czas nie stoi w miejscu. Powoli dojrzewam do myśli, by napisać powieść sygnowaną tylko swoim nazwiskiem.

D.B.: Jedno jest pewne: niezależnie od przetasowań organizacyjnych Kazimierz Kyrcz Jr i Robert Cichowlas nie planują przedwczesnej emerytury! To ważne, bo przecież o to chodzi, by nadal ciekawie działo się na polskiej scenie literackiej. Dziękuję Wam za poświęcony czas i żegnając się, życzę wielu zdartych klawiatur oraz… okazji do przeprowadzenia kolejnych wywiadów. Obowiązkowo, jak i tym razem, w oparciu o dobrą i godną ciekawej gadki książkę!


Advertisements

One thought on “Wywiad z Robertem Cichowlasem i Kazimierzem Kyrczem Jr.

  1. Pingback: Wywiad z Robertem Cichowlasem na okoliczność wydania „Szóstej ery” | onibe

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s