Wywiad z Jackiem Skowrońskim

W sierpniu ubiegłego roku, na stronie portalu Gildia Literatury, ukazał się nasz wywiad z Jackiem Skowrońskim. Na łamach Gildii można go znaleźć TUTAJ. Zapraszamy także do zapoznania się z pełną jego wersją na niniejszym blogu.

Na początek jeszcze parę słów o naszym rozmówcy. Jacek Skowroński jest autorem dwóch dobrze przyjętych powieści („Był sobie złodziej” i świeżej jeszcze „Muchy”) i postacią, po której niejednego dobrego można się jeszcze spodziewać. Szczególnie docenią go wielbiciele literatury kryminalnej. Recenzje jego powieści znaleźć można na Gildii. Zainteresowanych postacią Jacka zapraszamy także, w jego imieniu, na autorską stronę.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu:

Dariusz „Sir Alexander” Barczewski: Witam. Na usta ciśnie się wiele pytań, ale pozwolę sobie zainaugurować dyskusję tymi nieuniknionymi i mam nadzieję, że – wbrew pozorom – wcale niebanalnymi. Na początek: czemu kryminał? Skąd nastawienie właśnie na ten gatunek literacki?

Jacek Skowroński: Odpowiedź jest dość prosta: piszę to, co lubię czytać. Z reguły dzieje się tak, że na początku przychodzi mi do głowy postać lub miejsce – muszą być na tyle frapujące, by zainspirować wyobraźnię. Pozostawiam swym bohaterom swobodę postępowania i, jak dotąd, wszyscy ładują się nieuchronnie w kłopoty kryminalno-sensacyjnej natury. Zapewne psychoanalityk znalazłby jakieś zgrabne wytłumaczenie tego faktu, lecz specjalnie mi na tym nie zależy, bo a nuż moi podopieczni by znormalnieli, nadając się już wyłącznie do występów w rodzimych tasiemcach serialowych? Zgroza!

Sam poszukuję w literaturze odskoczni od monotonii i szarości dnia codziennego, przygody i wrażeń, na jakie nie miałbym szans w realu, więc to samo chciałbym dać czytelnikowi. Odrobinę rozrywki, szczyptę emocji, doświadczenie zagłębienia się w mroczne zakamarki miasta i duszy ludzkiej. A kryminał jest bardzo pojemnym, może najpojemniejszym gatunkiem. Jest w nim miejsce na zbrodnię i jej konsekwencje, na wszelkie uczucia od nienawiści po szaloną, ślepą miłość, na ukazanie wszelkich typów ludzkiej osobowości. To, co w powieści obyczajowej najczęściej jest ledwie zasygnalizowane, tutaj objawia się z pełną mocą, bez znieczulenia i fałszywych uśmiechów. No i można paru draniom przystawić pistolet do czoła, całkiem przyjemne uczucie…

S.A.: Kryminał bywa postrzegany zarówno szeroko, jak i wąsko. Na ogół jednak ilekroć pojawia się nazwa gatunku, myślimy o tym drugim przypadku, a tutaj nieodmiennie materializują się przed oczami wizje ponurych facetów w szarych prochowcach, ćmiących papierosy lub cygara i pod osłoną nocy poszukujący rozwiązań niesamowitych zagadek… Z drugiej strony mamy kryminał nowoczesny, współczesny, uosabiany coraz częściej postaciami psychologów, patomorfologów i innych naukowców. Czy Pana zdaniem szare prochowce i politycznie niepoprawne cygara odeszły w cień już na stałe? Czy jest jeszcze możliwa szalona rewolucja i przywrócenie Marlowe’a czy jego naśladowców na tron literackiej zbrodni i kary?

J.S.: Proza kryminalna to w dużym stopniu odbicie rzeczywistości. Dzisiejszy czytelnik, jako ktoś nieźle wyedukowany, zdaje sobie sprawę, że w rozwiązywanie zagadek kryminalnych zaangażowana jest potężna machina wymiaru sprawiedliwości, wyposażona w środki, o jakich nie śniło się prekursorom gatunku. Druga strona również nie pozostała w tyle, przestępcy wspomagani nowoczesną techniką nie tylko przestali odznaczać się w tłumie, ale i wkroczyli w obszary, gdzie granica między czynem zakazanym a dozwolonym jest nieostra jak obraz widziany przez mokrą szybę. Można dziś, nie wychodząc z domu, dokonywać ogromnych przekrętów finansowych, handlować w sieci narkotykami, bronią, organami ludzkimi czy dziecięcą pornografią, a wszystko wirtualnie, w jedwabnych rękawiczkach i z dobrotliwym uśmiechem na ustach. W tym kontekście postać samotnego detektywa przypomina Don Kichota rzucającego się pod gąsienice czołgu. Jednak nie skreślałbym go ostatecznie. Musi tylko zamienić kapelusz i prochowiec na coś mniej wyróżniającego oraz zaopatrzyć się w kilka nowoczesnych gadżetów. W końcu siłą Marlowe’a był swoisty dystans do rzeczywistości połączony z dość nonszalanckim traktowaniem reguł prawa, a tacy bohaterowie odnajdą się w każdym czasie i zawsze znajdą fanów wśród czytelników.

S.A.: Na ile współczesny kryminał – rozumiany szeroko – zachował wierność gatunkową? Czy zgadza się Pan z tezą, chyba wcale nieszokującą, że kryminał jako taki przestał istnieć, a utożsamiany bywa po prostu z sensacyjną powieścią mainstreamową? Alex Cross jest zabójcą Sherlocka Holmesa i Herculesa Poirota czy raczej kontynuatorem tradycji?

J.S.: Sherlock, Hercules czy panna Marple są nieśmiertelni, nic ich nie wymaże z literatury oraz świadomości czytelniczej, kolejne pokolenia będą stawały z nimi do intelektualnego pojedynku. Lecz oczywiście powieść kryminalna ewoluowała, gatunek rozgałęził się na wiele odrębnych ras, w naturalny sposób wzbogacany choćby o elementy sensacji, horroru, głębokiej psychologii i bohatera wspomagającego intelekt wszelkiej maści zabawkami militarnymi. Powiedziałem „bohatera wspomagającego intelekt”, niestety cały problem w tym, że zbyt często należałoby rzec: zastępującego intelekt…

W moim przekonaniu wierność gatunkowa nie stanowi wartości samej w sobie, nie jest czymś, do czego należy za wszelką cenę dążyć. Sam nie dbam o dopasowywanie się do ram konwencji, kłopoty klasyfikacyjne, złośliwie pozostawiając literaturoznawcom i krytykom. Nie da się stworzyć wiarygodnej postaci, wyalienowanej z właściwego sobie czasu i miejsca. Klasyczny kryminał wymagał odpowiedniej oprawy, osadzony był w konkretnej rzeczywistości, która odeszła bezpowrotnie wraz z pojawieniem się Internetu i technologii, zmieniających nie tylko obraz świata, stosunki społeczne, dostęp do informacji oraz środków, lecz i generując nieznane wcześniej rzesze złoczyńców, przy okazji znacznie zwiększając ilość możliwych do popełnienia czynów karalnych. Klasyczny detektyw wymagał określonego typu przestępcy, z którym mógłby stanąć w szranki, a kto dziś będzie obmyślał finezyjne scenariusze usunięcia bliźniego, zacierając ślady, troszcząc się o alibi i ukrycie motywów, wplątując w intrygę kozła ofiarnego, pilnując, by najdrobniejsze elementy układanki pasowały? Są łatwiejsze i zdecydowanie mniej ryzykowne sposoby ekspediowania współobywateli na tamten świat. Można na przykład… ale to w końcu nie miał być poradnik.

S.A.: No właśnie: czy rzeczywiście nie? Możemy spać spokojnie o tyle, że niniejszy wywiad nikomu krzywdy nie zrobi. Ale czy typowa powieść kryminalna, ze szczególnym uwzględnieniem tych nietuzinkowych, zbudowanych na kanwie drobiazgowo przemyślanych, błyskotliwych intryg nie stanowi w rzeczy samej swego rodzaju poradnika how to? Przecież w takim przypadku to twórca wchodzi – czysto wirtualnie – w buty lub co gorsza: do głowy przestępcy i wymyśla przestępstwo doskonałe. Nie jest paradoksem, że pisarz, który stworzy nadzwyczaj pomysłowe dzieło może się przysłużyć przestępcy o zamiłowaniach literackich?

J.S.: Myślę, że jednak nie. Wykrywalność sprawców najcięższych przestępstw przeciwko życiu jest bardzo wysoka, ponieważ zwykle są popełniane w afekcie, pod wpływem skrajnych emocji, co wyklucza drobiazgowe planowanie. Również typowy sprawca jest osobnikiem o raczej niskim ilorazie inteligencji, czerpiącym wiedzę dosłownie z ulicy. Przestępca o wyrafinowanym umyśle, planujący zbrodnię doskonałą, nie szukałby inspiracji w książce, wychodząc ze słusznego założenia, że nie znajdzie tam okoliczności wystarczająco pasujących do jego sytuacji. Chyba że zleciłby autorowi, za odpowiednią gratyfikacją, napisanie powieści z określonymi postaciami osadzonymi w konkretnym otoczeniu, wskazując ofiarę, motyw i sprawcę oraz konstruując alibi. Potem wystarczyłoby autora zniechęcić do publikacji, najlepiej pakując go w drewniane wdzianko, i można samemu sprawdzić, na ile literatura pomaga rozwiązywać problemy życiowe.

Hmm… czyżbym wpadł na pomysł…?

S.A.: Pozostaniemy jeszcze na chwilę przy tematach literackich ogólnych, ale zostawmy na boku kryminały. Co Pan sądzi o innym jakże pojemnym gatunku, który przez „zawodowców” bywa traktowany z pobłażaniem, mianowicie o fantastyce? Czy czytuje Pan takie książki?

J.S.: Ależ tak! Szalenie lubię fantastykę w wydaniu klasycznym. Gdy po otwarciu książki zasiadam w kabinie statku kosmicznego zmierzającego ku nieznanym światom, czuję się jak odkrywca źródeł Amazonki. Problem ze współczesną fantastyką, przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu, polega na tym, że wielu twórców uważa go za łatwy. Łatwy w tworzeniu, bo przecież wszystko można samemu wymyślić, nie trzeba trzymać się kanonów, można mieć w pogardzie odkrycia naukowe, logikę i znany nam obraz rzeczywistości, wystarczy puścić wodze fantazji, nie zapominając o takiej konstrukcji przekazu, by wykazywał głębię intelektualnych odlotów autora. W rezultacie otrzymujemy dzieła wielopoziomowe, różnopłaszczyznowe, innowymiarowe, gdzie nieczytelność staje się atutem, a brak spójnej fabuły oznacza „odkrywcze” ujęcie tematu. Można i tak, jednak popadanie w skrajności nie służy gatunkowi. Stanisław Lem wspomniał w wywiadzie dla Stanisława Beresia, że o „Solaris” czytał dzieła tak uczone, iż sam niewiele z nich rozumiał. Często odnoszę wrażenie, że krytycy i literaturoznawcy podłączają się do swoistego tańca z autorem, polegającego na wymianie znaczących mrugnięć, świadczących o głębokim wzajemnym zrozumieniu. Takiej intelektualnej symbiozie wybitnych umysłów, cóż, w końcu lepiej być niezrozumianym niż o bezrozumność podejrzewanym.

S.A.: Czy jest Pan skłonny dzielić gatunki na lepsze i gorsze?

J.S.: Stwierdzenie tyleż banalne, co prawdziwe: nie istnieją lepsze lub gorsze gatunki, liczy się wyłącznie wykonanie. Równie dobrze można by się zastanawiać, czy szermierka jest sportem lepszym od skoku wzwyż. To są po prostu inne dyscypliny, wywołujące jednak równie wielkie emocje, ale wymagają tak samo ciężkiego treningu i poświęceń. Można oczywiście bronić tezy, (nawiasem mówiąc, nie jestem jej wcale pewien), że czytanie literatury pięknej wzbogaca nasze wnętrze, uwrażliwia duszę i umysł, natomiast lektura ckliwych romansideł (których nakłady, cena i dostępność w każdym kiosku przyprawiają mnie o uczucia wybitnie ambiwalentne), to puste kalorie dla szarych komórek. Lecz prawda jest taka, że gdyby wycofać z rynku literaturę uznaną arbitralnie za gorszą, pozostawiając same dzieła wybitne i wymagające pewnego wysiłku umysłowego, czytelnictwo dzieł wybitnych nie wzrosłoby w dostrzegalny sposób, a miłośnicy lekkostrawnej rozrywki łatwo znaleźliby sobie inną piaskownicę. Choćby dla tego powodu nie warto umieszczać gatunków literackich, a co za tym idzie także ich czytelników, na półkach wyższych lub niższych. W czasach, gdy tak łatwo poddać się reklamom narzucającym styl życia, ludzie biorący do ręki książkę, zamiast telewizyjnego pilota albo szklanki ze środkiem dziurawiącym pamięć, zawsze będą budzić mój szacunek.

S.A.: Czy są jakieś gatunki, których – parafrazując pewien filmowy cytat – nie czyta Pan w szczególności, nawet jeśli je ceni? A może czarna lista dotyczy czegoś innego: kraju pochodzenia powieści, stylu, tematyki?

J.S.: Jeśli coś cenię, to nie przechodzę obok tego obojętnie. A niemal nie biorę do ręki fantasy. Być może zwyczajnie zabrakło mi szczęścia, tych kilka pozycji, z jakimi przyszło mi się zetknąć, zniechęciło mnie do tego stopnia, że trudno by mi się było przełamać. Mam taki prywatny sposób przekonywania się, czy dany autor lub gatunek jest moją bajką − próbuję w kilku zdaniach opowiedzieć przeczytaną historię. A w wypadku utworów fantasy, z jakimi miałem do czynienia, zupełnie mi się to nie udaje, co więcej perypetie wszelkiej maści gnomów, hybryd aniołów z panienkami w bikini i transpłciowych osobników zaopatrzonych w magiczne gadżety są mi doskonale obojętne. Zdecydowanie wolę kreskówki, Koziołek Matołek bawi mnie niezmiennie od lat. Nie wątpię, że to w dużej mierze kwestia gustu i wspomnianego szczęścia w doborze lektur, ale nic na to nie poradzę. Dobrze mi z własnym gustem.

S.A.: Mój ulubiony cytat z prawdopodobnie najbardziej znanego dzieła słynnego klasyka, Bułhakowa: „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro” zdaje się wyjątkowo dobrze pasować do Pańskich bohaterów. Aby daleko nie szukać, weźmy rodzeństwo z „Kosztownego błędu” (opowiadania, które otwiera antologię „Mogliby w końcu kogoś zabić”). Czy jest Pan szczególnie przywiązany do tego typu bohaterów?

J.S.: To prawda, interesują mnie postacie niejednoznaczne, ale zawsze wierne własnemu sumieniu. Skoro, jak śmiem twierdzić, nie ma ludzi całkowicie wolnych od chęci popełnienia czasami czegoś niezgodnego z prawem, a większość z nas woli kierować się osobistym, bardzo często odbiegającym od rozstrzygnięć kodeksu karnego, poczuciem sprawiedliwości, czemu moi bohaterowie mieliby być inni? Przynajmniej nie biegają ze świętoszkowatym uśmieszkiem co tydzień do spowiedzi, w błogim poczuciu, że mniejsze i większe draństwa uczynione tymczasem zostaną im odpuszczone. Nie cierpię podwójnej moralności, nie odczuwam również imperatywnej potrzeby nawracania kogokolwiek, opisywania sprzecznego z intuicją i doświadczeniem nieuchronnego triumfu wymiaru sprawiedliwości, ani wskazywania wyraźnej granicy między złem a dobrem, toteż mogę na wiele pozwolić swoim ulubieńcom, martwiąc się jedynie o nawiązanie więzi z czytelnikiem. W końcu załatwienie jakiegoś drania jego własnymi metodami, daje nieporównanie większą satysfakcję niż złożenie donosu na policji. Zresztą rozwiązania oczywiste i najprostsze nudzą mnie śmiertelnie, a zanudzanie czytelników uważam za zbrodnię wymagającą najsurowszej kary. Najlepiej skazania na dożywotne czytanie własnych tekstów, z możliwością zamiany wyroku na… czytanie sprawozdań z posiedzeń komisji sejmowych!

S.A.: Nabierzmy jeszcze szerszej perspektywy i spójrzmy nie na gatunki, ale raczej na ludzi, którzy po książki sięgają. Jak Pan ocenia czytelnictwo w naszym pięknym kraju? Jest źle, ale źle było przecież zawsze. Czy mamy natomiast realne i nieprzesadzone powody, by bić się w zbiorową pierś narodu?

J.S.: Niski poziom konsumpcji książek wynika ze splotu wielu czynników, a najmniej winni są tutaj sami czytelnicy. Można by wskazywać jako przyczynę: ceny, konkurencję ze strony łatwo dostępnych mediów, modę, politykę wydawniczą i słabą promocję, zabieganie oraz zapracowanie, ogólną apatię społeczeństwa, alkoholizm, kosmitów, zmiany klimatyczne i wreszcie stan przygotowań do Euro 2012 oraz przepowiednie Nostradamusa. Jednak pierwotna przyczyna tkwi w systemie oduczania samodzielnego myślenia zwanym szkolnictwem. Nikt miłośnikiem prozy się nie rodzi, szkoła od początku skutecznie zniechęca do lektury, podsuwając z jednej strony pozycje, których młody człowiek najzwyczajniej nie potrafi strawić, a z drugiej, każąc mu odpowiadać na durnowate pytania w rodzaju: co pisarz chciał powiedzieć…? I oczekując jedynej słusznej odpowiedzi, tak utrwalonej w głowach polonistów, że zaimpregnowani są doskonale przed jakimikolwiek próbami samodzielnych interpretacji. Oczywiście generalizuję, ale obraz całości edukacji tak mniej więcej wygląda. Przyszły potencjalny czytelnik nie może nawet krzyknąć: gówno mnie obchodzi, co autor chciał powiedzieć!, porozmawiajmy lepiej o tym, co ja dostrzegłem między wierszami, co wyniosłem z lektury, do jakich refleksji skłoniło mnie spotkanie z wieszczem, gdyż już zdążył się wielokrotnie przekonać, że pokornemu cielęciu cztery matki piersi podsuwają. Klika więc w odpowiedni link, gdzie znajdzie streszczenie lektury i gotowca z wypracowaniem. Aż dziw, że nie wszyscy dają się zniechęcić do lektury i po zakończeniu zmagań z narzuconym kanonem literackim mają jeszcze ochotę na romans z książką. Wielki szacunek.

S.A.: W „Tygodniku Powszechnym” (z 1 sierpnia 2010) pojawiła się ciekawa teza, wedle której pięćdziesięcioprocentowy poziom czytelnictwa jest porównywalny z takimż udziałem w wyborach powszechnych. Czy słowo pisane może mieć szczególną moc kreowania postaw obywatelskich i demokratycznych?

J.S.: Nie dziś. Koniec, kropka. Przynajmniej, jeśli mówimy o tradycyjnie pojętej literaturze. Żyjemy w epoce wszechwładzy mediów podających lekkostrawną papkę informacyjną, odnoszących się przy tym do najprymitywniejszej części ludzkiej natury, czyniących z faktu, że jakaś celebrytka o silikonowym poszyciu kadłuba stosuje autohipnozę w celu pozbycia się hemoroidów wiadomość dnia. Przeczytanie wartościowej lektury, skłaniającej do niebanalnych refleksji, nie zostawia głębszej rysy w świadomości, gdyż owa rysa natychmiast zostaje zaszpachlowana kitem medialnym. Tabloidy mają większą moc kształtowania postaw niż literatura dowolnego lotu. Lecz nie rozdzieram bynajmniej szat nad zjawiskiem będącym odzwierciedleniem czasów, w jakich przyszło nam żyć. Dostęp do kultury, zarezerwowany niegdyś dla elit, nigdy nie był tak łatwy jak obecnie. Nawet jeśli doznania zostają spłycone przez jej masowość i rozszerzenie pojęcia na dziedziny niewiele mające z kulturą wspólnego, to i tak mieliśmy szczęście urodzić się w ciekawych czasach. A że słowo pisane przestało wyznaczać standardy, zblakło i przycichło? Może po prostu zajęło właściwą mu pozycję. Pisarze nie są ani mądrzejsi, ani głupsi od reszty społeczeństwa, które ma swoją mądrość zbiorową. I głupotę też niestety, ale w chwilach ważnych nie potrzebuje podpowiedzi i dokonuje, przynajmniej w dłuższej perspektywie, właściwych wyborów. Imperatyw kategoryczny Kanta jest zasadą doskonale pojmowaną intuicyjnie, nie trzeba studiów filozoficznych, by usłyszeć różne jego warianty, choćby pod budką z piwem. Polecam tę myśl naszym politykom…

S.A.: Jaka może być przyszłość książki? Grozi jej „cyborgizacja” do postaci coraz bardziej zaawansowanych technologicznie e-booków, a może raczej transformacja na obraz ruchomy? Jest możliwe, by szeroko rozumiany film, który przecież także podlega ewolucji, wykluczył z użycia słowo pisane?

J.S.: Przyszłość książki zależy bezpośrednio od jej przyszłego czytelnika. Futurologia skompromitowała się wystarczająco, bym nie musiał przejmować się wizjami społeczeństwa podłączonego do świata zewnętrznego wyłącznie za pomocą kanałów elektronicznych, gdzie jednostka ludzka zostaje zredukowana do karmionej przez rurki bezkształtnej powłoki cielesnej. Tak długo, jak człowiek będzie czerpał przyjemność z chodzenia boso po trawie, randki w deszczu, słuchania śpiewu ptaków, rozmów o wszystkim i o niczym przy ognisku, nie umrze tradycyjna książka. Bo nie wymaga zasilania, można ją zabrać w dowolne miejsce, jest nie tylko treścią, ale i pięknym przedmiotem. Spektakl teatralny odbiera się inaczej z widowni, a inaczej w telewizji. Kotlet schabowy z soi może być nawet smaczny, ale jest wyłącznie substytutem, niemogącym się równać z oryginałem, choć niewątpliwie świnie miałyby inny pogląd w tej kwestii, niesłusznie zresztą, ponieważ przejście ludzkości na dietę sojową oznaczałoby kres ich gatunku. W momencie pojawienia telewizji wieszczono śmierć kinu, Internet miał zastąpić mały ekran, telefonia komórkowa powinna teoretycznie ograniczyć osobiste kontakty międzyludzkie, a rozkwit rynku fonograficznego być powodem zburzenia filharmonii i sal koncertowych. Nic z tych prognoz się nie sprawdziło, wspomniane media są po prostu inne, więc mogą spokojnie funkcjonować obok siebie, a często napędzać sobie wzajemnie odbiorców.

Jest jeden wyjątek od reguły pokojowego współistnienia gatunków – niemal całkowicie zanikł zwyczaj pisania listów, zastąpiony wystukiwanymi naprędce mailami. Zanikł jako sztuka wymagająca skupienia, forma przekazania drugiej osobie najbardziej osobistych myśli. Szkoda.

S.A.: Czy zdradzi Pan swoje najbliższe plany pisarskie? Czy szykuje się nowa książka? A może raczej forma krótsza?

J.S.: Cały czas coś piszę, to nałóg wcale nie słabszy od innych. Praca nad powieścią, której bohater działa daleko poza przyjętymi normami prawnymi jest mocno zaawansowana, choć okazała się wyzwaniem większym, niż mi się początkowo wydawało. Właśnie ze względu na bohatera przedstawianego zazwyczaj jako wcielenie zła, podłości i najniższych instynktów. Chciałbym odwrócić sytuację, sprawiając, by czytelnik wszedł w jego skórę, poczuł, jak to jest uczynić ze zbrodni sposób na życie, zadał sobie niepokojące pytanie: czy przypadkiem nie byłbym zdolny do tego samego? Trochę na zasadzie spojrzenia w lustro, gdy nikt nam nie stoi za plecami i możemy pozwolić sobie na dowolne miny, których nigdy nie pokazalibyśmy światu. Ze źródeł… najlepiej poinformowanych, udało mi się zebrać sporo nieznanego szerzej materiału o rodzimych płatnych mordercach i metodach ich działania, rozprowadzam go ostrożnie po całości, bo to jednak nie ma być poradnik. Owszem, mam coś takiego w planach, ale będzie napisany w odmiennych klimatach. Coś w rodzaju podróży z przewodnikiem po miejscach wartych grzechu, gdzie okazja z każdego może uczynić przestępcę. Ludzie uwielbiają grzeszyć, zwłaszcza gdy są pewni bezkarności, więc czemu odmawiać im przyjemności?

S.A.: A przewiduje Pan kolejne inicjatywy w stylu e-zinu „Qfant”?

J.S.: Cóż, doba ma raptem dwadzieścia cztery godziny, a kwartalnik fantastyczno-kryminalny „Qfant” pochłania mnóstwo czasu. Do tego posiada ogromny potencjał i nieustannie rozszerza działalność. Jesteśmy obecnie w trakcie przygotowań do wydania zbioru opowiadań będących pokłosiem cyklicznego konkursu literackiego Horyzonty Wyobraźni, gala finałowa drugiej edycji konkursu odbędzie się w listopadzie na lubelskim Falkonie – zapraszamy serdecznie. Niedawno redakcja powołała do życia stowarzyszenie o tej samej nazwie, którego głównym celem i ambicją jest szeroko pojęta promocja czytelnictwa oraz wszelka możliwa pomoc twórcom. W przewidywalnej przyszłości nie przewiduję więc szczególnych pozaqfantowych inicjatyw, ale nigdy nic nie wiadomo.

S.A.: Serdecznie dziękuję za poświęcony czas.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s