Opowiadanie „Poza Limes”

„Poza Limes„. Opowiadanie fantastyczno-historyczne z elementami horroru… Jak zwykle prawidłowa kategoryzacja utworu wydaje się być trudniejsza od jego napisania ;-). Rzecz się dzieje dawno temu, w czasach Imperium Rzymskiego. Kiedy konkretnie? To akurat znaczenia nie ma ;-).

Jest to moja pierwsza, no, może druga próba podziałania w tym gatunku. I zarazem jedno z pierwszych dwudziestu napisanych opowiadań, które powstały na przestrzeni ostatnich trzech lat.

Tak się zaczyna:

Niewielki pagórek nadawał się w sam raz na wysunięty posterunek obserwacyjny. Dałoby się na nim wybudować mały fort otoczony ostrokołem, z którego wysokich wież wzrok strażników sięgałby daleko po horyzont. Kto wie? Może kiedyś, za parę lat, a może jeszcze wcześniej, podobna rola przypadnie temu miejscu. Obecnie na swoją siedzibę obrały go trzy dęby. Każdy z nich chlubił się pniem o takiej średnicy, że do objęcia go nie starczyłoby ramion wyrośniętego mężczyzny, musiały więc zapuścić korzenie w ciemnej germańskiej glebie dobre piętnaście dekad temu.

Centurion Strawiusz pozwolił błądzić swoim myślom. Co się działo półtora wieku temu? W jakim klimacie pękały dorodne żołędzie? Czy lata wtedy były cieplejsze niż teraz? A może wręcz przeciwnie: chłodniejsze?

Ciche stuknięcie pilum o tarczę przywróciło go do rzeczywistości. Niechętnie spojrzał na żołnierza, który zakłócił mu spokój. Wysoki mężczyzna, o opalonej twarzy, której rysy wskazywały na pochodzenie z rejonów na północ od Alp, zdawał się nie przejmować krótkotrwałym gniewem przełożonego. Poczekał krótką chwilę – dość długą, by z głowy Strawiusza zdążyły wywietrzeć ostatnie opary na wpół sennego zadurzenia, ale i na tyle krótką, by centurion nie zaczął się niecierpliwić. Kiedy uznał, że przyszła na to pora, nieco zdawkowo zasalutował i odezwał się.

– Centurionie, dekurion Marius gotów jest do wyruszenia w drogę. Czy zechcesz mu, panie, przekazać dodatkowe instrukcje?

Strawiusz zmarszczył brwi, a przez jego twarz przemknął gniewny cień. Odwrócił się do trzech dębów i spojrzał na walający się u ich podstaw bajzel. Na przestrzeni kilkunastu metrów porozrzucane były mniejsze i większe deseczki, kawałki rzemieni, różne metalowe przedmioty. Wśród tego wszystkiego czerwieniły się strzępy końskiego mięsa. Centurion gotów był na wiele, byle tylko nie przyznać, że wśród owych krwawych ochłapów były także szczątki ludzkich ciał. Prawda była taka, że mógł sobie myśleć cokolwiek, ale wóz – czy może raczej żałosne jego resztki – należał do skarbnika Plocjusza. Wskazywało na to także mieniące się w ostrym słońcu złoto, porozrzucane na równi z innymi śmieciami. Tak. To był wóz Plocjusza, jego konie, jego skarb. I pewnie on sam. A także – ta myśl była zbyt natrętna, by ją odrzucić – kariera centuriona Strawiusza, który od samego legata otrzymał wyraźne zadanie sprowadzenia Plocjusza do warownego obozu. Żywego i zdecydowanie w jednym kawałku.

Reszta tekstu dostępna do przeczytania w pliku pdf -> Opowiadanie „Poza limes”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s