„W 80 sekund dookoła wszechświata” – artykuł z Qfantu

q18W ramach walki z dziurami w archiwach, prezentujemy dzisiaj artykuł opublikowany w grudniowym, osiemnastym, numerze Qfantu. Tym razem na wokandę trafił motyw podróży, który zbadaliśmy (bardzo pobieżnie) w literaturze science fiction. Czemu pobieżnie? Cóż, powiedzmy, że nie da się w kilku zdaniach ująć czegoś, co stanowi dobrze zamaskowaną istotę gatunku. Bo przecież, czy wyobrażacie sobie którąkolwiek z kluczowych historii science fiction bez wątku podróży? Zresztą, nie uprzedzajmy faktów. Więcej przemyśleń poniżej.

Miłej lektury!

h

W 80 sekund dookoła wszechświata, czyli słów parę o warpach, nadprzestrzeni i innych przypadkach specjalnych

Pomyśl, w rakiecie człowiek może pęknąć jak bąbel albo skrzepnąć, albo rozgotować się, albo tak prędko wybuchnąć krwią, że ani krzyknie, a potem tylko kosteczki stukają w blachę, kręcą się po orbitach Newtona z poprawką einsteinowską, te nasze grzechotki postępu! A my ochoczo, bo to piękna droga, aż doszliśmy, i w tych komórkach, nad tymi talerzami, wśród nieśmiertelnych pomywaczek, z hufcem wiernych szaf, klozetów oddanych, tu jest nasze ziszczenie… popatrz Kelvin.

Stanisław Lem, „Solaris”

Czy zastanawialiście się kiedyś, czym jest podróż?

Gdybyśmy chcieli odpowiedzieć na to pytanie mając na uwadze przede wszystkim oszczędność słów (takie czasy, oszczędzać należy na wszystkim…), wskazalibyśmy w definicji na główny cel podróży, tj. zmianę lokacji. Podchodząc do tematu czysto teoretycznie (brudnym teoriom powiedzmy stanowcze „niet”!) możemy przyjąć, że proces przemieszczania się jest absolutnie drugorzędny wobec jego „docelowości”. Zapewne nie zgodziliby się z tym filozofowie, którzy jednak, jako rzadko godzący się sami z sobą, w pełni kwalifikują się do pominięcia w niniejszych rozważaniach. Dodajmy do tego doświadczenia tak zwane własne – któż z nas nie telepał się nigdy słynnym „ogórkiem” po szwajcarsko-serowych drogach Rzeczypospolitej Dowolnego Numerka? Któż z nas nie stał wciśnięty niczym szprotka pomiędzy sardynki w środkach komunikacji publicznej, narażony na krew, pot i łzy braci w procederze? Kto z nas, wreszcie, nie odmierzał nieskończoności w niekończących się korkach, objazdach, zatorach i remontach? No właśnie. Aż chciałoby się rzec, że podróż to coś, co należałoby wykreślić z tablicy umysłu.

Są jednak przypadki, w których podróż, jako trwający proces, nabiera znaczenia. A nawet staje się ciekawa. Istotną rolę motyw ten pełni w literaturze. Można wręcz powiedzieć, że sposób przedstawienia podróży determinuje gatunkową lub subgatunkową przynależność książki (ale i filmu). Dla przykładu, Umberto Eco wykazał ponad wszelką wątpliwość, iż (teraz będzie niegrzecznie) pornografię od erotyki odróżnić można właśnie poprzez precyzyjną analizę problematyki komunikacyjnej! Wedle słynnego Włocha i zarazem jednego z czołowych intelektualistów rodzaju ludzkiego (to, wbrew pozorom, nie wyklucza się z byciem Włochem, nawet jeśli obywateli tego państwa kojarzymy raczej ze skłonnością do chianti i nadużywania klaksonów), dominacja podróży nad wszystkimi tymi zajmującymi, acz niedającymi się opisać w tzw. języku wyższym wydarzeniami, które odbywają się po dotarciu na miejsce bohatera książki czy filmu wskazuje, iż mamy do czynienia z erotyką. Jeśli jednak przemieszczanie się przytrafia się zaledwie w ramach wypełniacza pomiędzy akcją właściwą, skurczone do niegodnych, parosekundowych intruzji, to… cóż, wszystko jasne, prawda? Proste i genialne. Podobnie, acz odrobinę inaczej (z uwagi na inny rodzaj akcji, rzecz jasna) ma się sprawa z literaturą science fiction. Możemy przyjąć, że jakość literackiego wojażowania determinuje rodzaj literatury, a teraz postarajmy się to udowodnić na przykładzie podróży najszybszych z szybkich, natychmiastowych wręcz, pozwalających bohaterom dzieła przemieścić się w trybie instant gdziebądź, w sytuacjach skrajnych zaś nigdziebądź. Jeśli mamy rację, to skróty koncepcyjne wiązać się będą z nieco lżejszym kalibrem science fiction, podczas kiedy, dla odmiany, bardzo naukowo rozumiane wojaże byłyby papierkiem lakmusowym hard science fiction. Nim jednak przejdziemy do rzeczy, obejrzyjmy teren z lotu ptaka.

Każdy, komu zdarzyło się trochę pozwiedzać świat wie, że po pierwsze: jest piękny, po drugie: ogromny; aby należycie go obejrzeć zabrakłoby życia, o pieniądzach i biurach podróży nie wspominając (gwoli ścisłości: nie wiadomo, który z tych zasobów skończyłby się pierwszy…). Każda wyprawa wiąże się z podróżą ‒ im dalszy rejon sobie upatrzymy, tym dłuższa podróż, sprawa oczywista, wyjaśnień dalszych niewymagająca. Drzewiej, parę wieków wstecz, podróżowanie było czynnością daleko bardziej skomplikowaną niż dzisiaj. Weźmy takie Imperium Brytyjskie, które rozciągało się od Australii, przez Indie, aż po Kanadę. Wobec braku telefonów i samolotów (Facebooka też nie mieli – nie śmiejcie się, Wasze dzieci mogą tego naprawdę nie zrozumieć), wszelka komunikacja (ale i przekazywanie informacji, rozkazów itd.) opierała się na męczących i monotonnych podróżach lądowych lub morskich. Juliusz Verne pozwolił swojemu bohaterowi dokonać prawdziwego cudu i przebyć Ziemię wszerz w ciągu dni osiemdziesięciu, ale nie oszukujmy się: stary, dobry Julek miał skłonność do fantazjowania. Co, nawiasem mówiąc, jest bardzo odpowiednie, jeśli chcemy ująć w karby wyobraźni podróże znacznie dalsze niż na taką Kamczatkę, mianowicie podróże kosmiczne.

Wrogiem numer jeden człowieka jest odległość. Byle Księżyc, odległy o około sekundę świetlną, przez tysiące lat stanowił cel tak niedosiężny, że równie dobrze mógłby znajdować się milion jednostek astronomicznych dalej. Matka Ziemia bardzo długo trzymała w czułych, grawitacyjnych objęciach dziecię ludzkość, choć przecież pisarze przewidzieli, że ta granica musi paść. Co jednak dalej? Mars? Toż rzut kamieniem. Alfa Centauri? Lepiej, dużo lepiej. Może nawet zbyt dobrze. Z prędkością światła podróżować nie potrafimy, a einsteinowska fizyka jest nieugięta: żadne ciało nie może przekroczyć bariery prędkości światła1. Być może kiedyś będziemy mogli poruszać się z ułamkiem tej wartości rzędu 0,1 c lub nawet 0,2 c. Byłby to wielki sukces… ale czymże byłaby ta prędkość wobec kosmicznych odległości? Na najbliższą nam Proximę Centauri lecielibyśmy na przykład trzy dekady. To odrobinę zbyt długo na wakacyjny wypad, prawda? Ale nawet ten, cokolwiek pesymistyczny scenariusz, jest odległy. Obecnie w koronie zdobytych szczytów pyszni się jedynie szarobury Księżyc, a bardzo, bardzo ambitne, może nawet nazbyt ambitne, scenariusze zakładają konkwistę Marsa (nie warto wierzyć ludziom mówiącym, że „nasze czasy można sprowadzić do prostej formuły: podróże kosmiczne plus seks2”, choć zapewne w kwestii seksu coś w tym jest…). O tym, że przemieszczanie się w kosmosie nie jest bułką z bananem przekonuje fizyka, jeśli jednak któryś z Was, drodzy Czytelnicy, chciałby zmierzyć się z tą arcyciekawą problematyką, to… odsyłam do odpowiedniej lektury3. A jeszcze lepiej, na odpowiedni kierunek studiów. Możemy jednak założyć, że żadne z nas w najbliższym czasie nie będzie wykupywało wycieczki na odległe planety, a więc porzućmy te niemiłe, realistyczne rozważania i zanurzmy się w końcu w najwspanialszy ze światów, a mianowicie ten, ukonstytuowany w literaturze science fiction.

A skoro już przeskoczyliśmy do rejonów wyobraźni, to czyż zmierzenie się z wizją prosto z Gwiezdnych wojen nie będzie dobrym początkiem? Co prawda cykl ten nie jest przykładem klasycznego science fiction, raczej określany bywa mianem science fantasy. I rzeczywiście, jeśli zastanowimy się nad budową świata przedstawionego, jego fizyką i „anomaliami” takimi jak tajemnicza „moc”, to dojdziemy do wniosku, iż jest to intrygujący crossover niemal magicznej fantasy (Luke robi takie cuda, że Gandalfowi z wrażenia peleryna by poszarzała…) i lekko potraktowanego wątku „science”. Romans z technologią jest w tym przypadku cokolwiek złudny, co jasno widać właśnie na przykładzie gwiezdnych podróży. Kosmiczne eskapady stanowią niezwykle istotny motyw opowieści z tej stajni. Luke, Han Solo i pocieszna gromada ich przyjaciół oraz wrogów spędzają mnóstwo czasu pośród gwiazd. Jak wygląda podróżowanie w ich przypadku? Jest łatwe, to pierwsza myśl. Do zanurzenia się w nadprzestrzeń wystarczy pociągnięcie dźwigni (jakież to precyzyjne, prawda?). Gwiazdy rozmazują się w dopplerowskie smugi i w jednej chwili zdezelowany Falcon Millenium pokonuje… no właśnie: jakie dystanse? Na to pytanie nie jest łatwo znaleźć odpowiedź. Twórcy piszący pod egidą Gwiezdnych wojen unikają zbędnych detali, zwłaszcza takich, które nie stanowią o sile tego popularnego cyklu. Możemy jednak wyłapać kilka fragmentów, rzucających cokolwiek mdłe światło na „te” sprawy. Han Solo jeszcze w Nowej Nadziei informuje, że „to statek, który zrobił trasę na Kessel poniżej dwunastu jednostek standardowych!”. Gdziekolwiek owo Kessel jest. I gdziekolwiek przytrafił się początek trasy. I czymkolwiek jednostki standardowe są. Brzmi to jak stwierdzenie, że jedna noga jest bardziej od drugiej… Cóż, w ten sposób chyba nie dojdziemy do porządku. Na szczęście, możemy sobie ułatwić życie i sięgnąć po gotowe analizy.

Fani Gwiezdnych Wojen dość dokładnie zbadali fenomen podróży nadprzestrzennych i doszli do ciekawych wniosków. Zabawa, jak się okazuje, polega na wytworzeniu energii odpowiedniej do wskoczenia w nadprzestrzeń, w której okręty są zdolne poruszać się z wielokrotnością prędkości światła. I pisząc „wielokrotność” naprawdę chodzi nam o wielo-wielo-wielokrotność, bowiem pojazdy w Gwiezdnych Wojnach są zdolne do przemieszczenia się z jednego krańca galaktyki na drugi (dystans rzędu 120 tys. lat świetlnych) w ciągu kilku godzin lub dni – ten ostatni parametr zależny jest od klasy napędu. Bez kalkulatora z odpowiednio dużym wyświetlaczem nie jesteśmy w stanie podać dokładnej prędkości, ale na pierwszy rzut oka widać, że zaopatrzone w hipernapęd jednostki są wiele tysięcy lub milionów razy szybsze od światła, co jest jak najbardziej imponujące i godne podziwu.

Prawdą jest, że Gwiezdne wojny nie są symbolem konsekwencji i widać to także w kwestii podróży. Weźmy chociażby lot na Cloud City w Imperium kontratakuje. Przy wyłączonym napędzie nadprzestrzennym Han i Leia byli w stanie pokonać głęboką przestrzeń kosmosu i dotrzeć na odległą planetę w nieokreślonym wprawdzie, ale w domyśle krótkim czasie. Czy jednak ma to jakieś znaczenie wobec nieskończonego piękna fryzury księżniczki Lei? Kok kontra wszechświat: 1 – 0. Dogrywki nie przewidziano.

Skoro już wspomnieliśmy o Gwiezdnych wojnach, to nie sposób pominąć świata Star Trek, który co prawda bazuje głównie na filmach i serialach, lecz dostał się również na papier. A nawet gdyby nie, to i tak wniósł tak wiele do gatunku, że jego pojawienie się tutaj jest więcej niż usprawiedliwione. W Star Treku okręty mogły się poruszać z gigantyczną prędkością, znacznie przekraczającą prędkość światła dzięki – oczywiście – miejscowemu zakrzywieniu czasoprzestrzeni. Co ciekawe, twórcy postarali się, aby koncepcja nie kolidowała – przynajmniej aż tak bardzo – z obowiązującą fizyką. O ile teoria względności wyklucza przekroczenie bariery światła, to kreatorzy Star Trek wymyślili cwany trick, polegający na otuleniu podróżującego w przestrzeni okrętu polem warp. Jego działanie jest bardzo proste – zdaje się być sensowne już przy trzech wypitych piwach – generator pola warp wytwarza indywidualną falę zagęszczającą przestrzeń przed okrętem i umożliwiającą w ten sposób pokonanie „skondensowanej” odległości bez rzeczywistego przyśpieszenia okrętu poza wskazaną przez Einsteina barierę „c” (okręt przebywa spokojnie w oku cyklonu, czyli obszarze czasoprzestrzeni wewnątrz zagęszczonego bąbla). Uff… załóżmy, że to rzeczywiście zabrzmiało banalnie. Pamiętacie z pewnością rzucane przez kapitana Enterprise hasło „warp one, engage!4. Po dodaniu do słowa „warp” numerka otrzymujemy rzeczywistą prędkość okrętu. Warp 1 (czyli warp one) to prędkość światła – a więc ślimacza; warp 5 to już dwieście czternaście prędkości światła (i zarazem prędkość przelotowa okrętu Enterprise), natomiast warp 10 to granica ostateczna, prędkość nieskończona (warp 9, dla porównania, to „zaledwie” tysiąc pięćset szesnaście prędkości światła – około pół miliarda kilometrów na sekundę). Pozwolę sobie powtórzyć: uff…

Naginanie, zaginanie, rozrywanie i inne molestowanie nadprzestrzeni to sól powieści (i filmów) science fiction. Pomysły takie znaleźć możemy także u największych klasyków gatunku, choćby u Franka Herberta, w jego kultowej Diunie. Tam również podróż odbywa się dzięki ugięciu nadprzestrzeni. Na szczęście znikają gdzieś magiczne dźwignie z Gwiezdnych wojen, pojawiają się natomiast… nawigatorzy gazu przyprawowego (nie brzmi to jak zawód, z którego dumni byliby synowie tych szczęściarzy, prawda?). Ten wątek jest naprawdę ciekawy, choć Herbert potraktował go lekko. Z punktu widzenia powieści znaczenie miał fakt, że nawigatorzy zyskują swoje umiejętności dzięki kontaktowi z melanżem (przyprawą), największym bogactwem Diuny, a zarazem… bądźmy delikatni: guanem wielkich i nieprzyjemnych dżdżownic, zwanych czerwiami. Przyprawa zdaje się być w tym ujęciu naprawdę skutecznym narkotykiem, skoro gwarantuje trip umożliwiający przeniesienie przez pustkę kosmosu gigantycznych okrętów gwiezdnych (sami nawigatorzy pełnią podwójną rolę komputerów nawigacyjnych oraz… napędów zaginających czasoprzestrzeń). Ciekawą wizję takiej podróży zaprezentował David Lynch w swojej ekranizacji Diuny. U niego skok z planety A na planetę B ma coś wspólnego z dmuchaniem. Jako, że robi się ryzykownie, na tym poprzestańmy…

Niewykluczone, że Herbert w ogóle pominąłby wątek gwiezdnej podróży, gdyby nie dwa detale: potrzebował ich do usprawiedliwienia znaczenia melanżu oraz – to chyba jednak ważniejsze – tylko dzięki stworzeniu systemu masowej komunikacji galaktycznej mógł sobie pozwolić na powołanie do życia wielkiego imperium, zajmującego nieprzeliczone planety. Dystans i czas to wielcy wrogowie pisarzy science fiction: bez wiarygodnego sposobu na przełamanie tych barier, wiele fabuł straciłoby jakikolwiek sens. Nawet kok księżniczki Lei nie wytrzymałby zapewne pięciuset lat podróży na Kessel. O ile, rzecz jasna, dziewczyna w ogóle miałaby się tam ochotę pchać bez solidnego przyśpieszenia! Mówiąc krótko, każdy twórca, któremu się marzy opowieść rozpisana na wiele światów, odpowiednio epicka i kosmicznie rozległa, po prostu musi wymyślić coś w temacie podróży. Takich problemów nie mają, dla przykładu, pisarze thrillerów (samochód czy samolot – bez znaczenia, nic tu kombinować nie trzeba), a nawet romansideł (w tym przypadku najlepszy jest koń, zwłaszcza biały; może być ogier, byle nie było widać jego „ogierowatości” w potencjalnej ekranizacji).

David Weber uchodzi za jednego z bardziej płodnych twórców science fiction. Piszący te słowa próbował kiedyś zliczyć jego książki, ale ostatecznie eksperyment przerwał wobec postępującej utraty czasu. Weber, poza kilkoma mniejszymi przygodami „jednorazowymi” stworzył dwa potężne uniwersa koncepcyjne5. W najbardziej obszernym i najlepiej znanym ‒ Honorverse ‒ zaproponował rozwiązania, które właściwie podsumowują dorobek wielu twórców gatunku. Okręty gwiezdne przemieszczają się na ogromne dystanse korzystając z impellerów. Są to generatory pól grawitacyjnych, które w normalnej przestrzeni układają się w nieprzebijalną przez żadną broń osłonę, natomiast w nadprzestrzeni rozwijają się do postaci tzw. żagli Warshawskiej6, które z kolei wychwytują strumienie fal grawitacji i wykorzystują je jako wyrafinowaną formę wiatru. Cywilne impellery, a więc tańsze i mniej sprawne od wojskowych odpowiedników, pozwalają rozpędzić frachtowiec do 1200 prędkości światła! Rzecz jest zatem bardzo skuteczna oraz – nade wszystko – zgrabna pod kątem wyjaśnień naukowych. Oczywiście nie oznacza to, że technologia jest możliwa do opracowania, jednak nam, czytelnikom, na ogół wystarcza, że autor nie robi z nas durni, prawda?

Pewna alternatywa dla impellerów pojawiła się w Ścieżce furii Webera. Transport kosmiczny, wedle reguł świata przedstawionego, był tam możliwy dzięki tzw. napędowi Fasseta, który jest niczym innym jak… niewielką, czarną dziurą, sztucznie generowaną przed okrętem i utrzymywaną od niego w odpowiedniej odległości7. Co dalej? Dziura, jak na dziurę przystało, przyciąga okręt, który de facto spada ku potężnemu środkowi grawitacji. A że spaść nie może – czarna dziura jest odpychana – jednostka się przemieszcza. Proste. Dziwne. Działa. Przynajmniej w książce. Show can go on.

Inne, całkowicie alternatywne rozwiązanie podróży gwiezdnych David Weber przedstawił w cyklu Starfire. Tam, gwiezdne podróże możliwe są dzięki systemowi, nomen omen, warpów, punktów będących swego rodzaju teleportami łączącymi dwa układy słoneczne. Okręty, aby korzystać z warpów, nie potrzebują specjalnego napędu, muszą natomiast być odpowiednio wytrzymałe, aby podołać obciążeniom takiego przejścia.

Ciekawy i warty odnotowania jest fakt, że konkurencyjne koncepcje (wszystkie całkowicie fikcyjne) zostały bardzo głęboko wplecione w kontekst fabularny powieści Webera. Pierwszym i najważniejszym efektem istnienia takiej a nie innej fizyki podróży międzygwiezdnych jest kształt gwiezdnych imperiów. Warpy, będące w gruncie rzeczy systemem drzwi i łączących je korytarzy, wymusiły zaistnienie bardzo statycznej, płaskiej galaktyki. W Starfire okręty są zmuszone podróżować istniejącym systemem warpów, nie mogą skracać sobie drogi… a może inaczej: taki skrót oznaczałby konieczność spędzenia setek lat w próżni, podczas kiedy transfer warpowy trwa dosłownie sekundy! Warpy umożliwiają zaistnienie w kosmosie granic, rejonów ufortyfikowanych, punktów węzłowych itd. To spore ułatwienie dla pisarza, sami przyznacie. W innych okolicznościach twórca science fiction zmagać by się musiał z kosmosem takim, jaki istnieje w rzeczywistości: niczym nieograniczonym, rozległym i – nade wszystko – nieprzyjemnie trójwymiarowym (a nawet czterowymiarowym, bo czasoprzestrzeń opisują cztery parametry). Tak, tak: gwiazdy i planety nie zostały, niestety, ulokowane na jednej płaszczyźnie, a przynajmniej nie wszystkie. Każda galaktyka opisana jest przez więcej niż dwa parametry.

Powyższe rozwiązania niemal wyczerpują worek pomysłów serwowanych w literaturze science fiction, a kilka podanych metod występuje w nieprzeliczonej palecie wariantów. Sens się nie zmienia, natomiast otoczka jak najbardziej. I tak, w cyklu Zaginiona flota Jacka Campbella okręty poruszają się w nadprzestrzeni za pomocą tak zwanego hipernetu: bram będących odpowiednikami warpów lub rodzajem węzłów sieci. W Gambicie Michała Cholewy (wreszcie coś znad Wisły!) odpowiednikiem h-space jest przestrzeń przystankowa. Podróż długodystansowa składała się z szeregu wejść i wyjść z owej przestrzeni i na ogół nie bywał możliwy skok bezpośredni. Samo przemieszczenie się trwało kilka sekund (czasu załogi) lub kilka tygodni (czasu obserwatora), a więc wprowadzony został element relatywistyki (o czym za chwilę). Korzystanie z przestrzeni przystankowej możliwe było dzięki zastosowaniu boi nawigacyjnych (wykonujących na bieżąco bardzo skomplikowane obliczenia nawigacyjne i przekazujące je do okrętów) lub dzięki tzw. szperaczom, ludziom napakowanym implantami cybernetycznymi, żywym komputerom nawigacyjnym. Rozwiązanie ciekawe, ale w gruncie rzeczy nie takie znowu rewolucyjne. Detale kojarzyć się mogą pechowcom, którzy oglądali Wing Commandera, oparty na grze komputerowej film science fiction, implementujący pomysł niemal identyczny.

Jak by się nad tym zastanowić, to doszlibyśmy do ciekawego wniosku: problematyka transportu (sic!) zawiera w sobie ziarno największej bolączki gatunku. Mowa o… spłaszczaniu. Twórcy starają się miniaturyzować galaktykę, upraszczać ją. Zbliżają planety za pomocą warpów czy strumieni grawitacji, wynajdują ekwilibrystyczne wyjaśnienia dla fenomenów, które umożliwiają już, teraz, natychmiast przeskakiwanie całej galaktyki w ułamku sekund. Świadczy to o paru genetycznych obciążeniach science fiction. Z pewnością jednym z najbardziej istotnych jest brak pełnego zrozumienia wszechświata przez przeciętnego czytelnika. Rzecz ta nie dziwi, jeśli uwzględnimy fakt, że jest dosłownie kilku fizyków, którzy są w stanie nadążyć za najnowszymi koncepcjami teoretycznymi, podczas kiedy klasyczny homo sapiens wyłącza się już gdzieś na etapie wstępu do wstępu. Kolejna sprawa to ograniczenia narracji: jak na bieżąco, bez ogromnego aparatu matematycznego ilustrować lokalizację okrętów w trójwymiarowych układach słonecznych i równie trójwymiarowych galaktykach, skoro zdecydowana większość odbiorców przyzwyczajona jest do dwuwymiarowych wykresów? Bolą szkolne nawyki, a na lekcjach fizyki do znudzenia naoglądaliśmy się koncentrycznego zestawu elips udającego nasz układ słoneczny. Wyobrażamy sobie, że cała akcja dzieje się na płaszczyźnie ekliptyki, a gwiezdne okręty suną w uporządkowanych szykach niczym żaglowce z dziewiętnastego wieku. I w ten sposób doszliśmy do bolączki numer trzy: nie jesteśmy w stanie oderwać naszej percepcji potencjalnych flot kosmicznych od znanych nam wszystkim flot morskich. Ba, my wręcz oczekujemy, że starcia w międzygwiazdowej pustce będą odpowiednikiem epickich bitew z Ziemi. Pośrednio lub bezpośrednio dotyczy to również podróży.

Ale nie doszliśmy do kłopotu bodaj największego, a mianowicie efektu relatywistycznego. Okręt podróżujący z prędkością światła będzie miał swój własny czas, bardzo mocno różniący się od czasu Ziemi (która również porusza się, ale ze znacznie mniejszą prędkością). Okręt wracający na okresowy przegląd do stoczni mógłby trafić na kilka archaicznych ruin, będących pozostałością po cywilizacji, która upadła setki lat wcześniej, choć dla załogi tegoż okrętu minęły zaledwie miesiące lub pojedyncze lata! Także jednostki poruszające się z dużą prędkością w obrębie układu podlegają efektowi relatywistycznemu. Prawdopodobnie taki okręt byłby niemożliwy do namierzenia przez wolniejsze jednostki, co mogłoby popsuć niejedną fabułę. Jeszcze bardziej zrujnowałby ją chaos w metrykach: na stronie dziesiątej dwóch bohaterów ma po dwadzieścia lat, ale piętnaście stron dalej jeden osiąga matuzalemową stopięćdziesiatkę (cóż, w końcu to science fiction), podczas kiedy drugi dojrzał ledwo o tydzień z hakiem. A jeśli to jest nowa fala science fiction, to nawet odmłodniał.

Teraz już wiemy, czemu twórcy tak często sięgają po warpy. Wiemy już czemu zapominają o fizyce lub tak mocno naginają ją do własnych potrzeb. Po prostu inaczej się nie da. Fizyka lub, powiedzmy szerzej, nauka, nie sprzyja snuciu epickich opowieści zgodnych z klasycznym kanonem beletrystycznym. Jeśli chcemy, aby nasi bohaterowie zwiedzali wszechświat bez oglądania się na efekt relatywistyczny, jeśli chcemy, aby podróżowali w komforcie, a nie jako zamrożone bryły mięsa w kapsułach kriogenicznych… wtedy musimy popsuć parametry wszechświata. Na szczęście mamy warpy, mamy nadprzestrzeń. Oba hasła tak dawno przeniknęły już do świadomości powszechnej, że nawet totalni fizyczni abnegaci potrafią je zrozumieć i prawidłowo z nich skorzystać. W ten sposób pojęcia fikcyjne uprawomocniły się. Stały się faktem. Stały się tłem dla ciekawych historii, w których ludzie tacy jak my, mają podobne do naszych problemy, ale noszą znacznie fajniejsze mundurki.

A zatem… warp ten! I do zobaczenia po drugiej stronie lustra!

1Pamiętać jednak musimy, że fizyka einsteinowska nie jest już w pełni obowiązującą fizyką. Kwanty zrobiły sporo zamieszania, ale nie tylko one. W CERN w 2011 roku udało się – prawdopodobnie – przyśpieszyć i to przypadkiem neutrina do prędkości powyżej c, co stanowi dość konkretny gwóźdź do trumny teorii Einsteina. My jednak trzymajmy się wiedzy już zakotwiczonej.

2Autorem sentencji jest Jean Ganet, który bynajmniej w kosmosie nigdy nie był, a i tworzona przezeń literatura zdaje się mieć niewiele wspólnego ze stąpaniem po ziemi i Ziemi.

3Interesującą pozycją, napisaną przez „twardogłowego” speca od fizyki, mającego w pogardzie romantyczne oczekiwania wobec gwiezdnych podróży jest „Znowu na Księżyc” Andrzeja Marksa (Bellona, 1999). Autor krok po kroku objaśnia problematykę kosmicznych wojaży z uwzględnieniem takich „nieistotnych” aspektów jak np. przełożenie dystansu do pokonania na masę paliwa. W temacie regularnie wypowiadają się także fizycy z najwyższej półki, jak choćby Stephen Hawking.

4Równie wielkim sentymentem miliony trekkies na całym świecie obdarzają skromniejsze engage!. Jean-Luc Picard (po tej stronie ekranu znany jako Patrick Stewart) potrafił to robić jak nikt inny w galaktyce.

5Uniwersum koncepcyjne to pojęcie wymyślone na potrzeby niniejszego artykułu – ma ono oznaczać zbiór konsekwentnych praw fizycznych dotyczących przedstawionego w książce lub literackim cyklu świata.

6Możemy się założyć, że Weber wymyślając tę nazwę czerpał nie tyle ze wspomnień o naszej pięknej stolicy, ile raczej z dobrze ugruntowanego w historii tworu zwanego Układem Warszawskim.

7To przykład relatywizmu. Dla piszącego te słowa odpowiedni dystans od czarnej dziury przekracza rozpiętość galaktyki, tu jednak chodzi o odległości znacznie mniejsze. Jak widać, wszystko jest względne.

About these ads

2 thoughts on “„W 80 sekund dookoła wszechświata” – artykuł z Qfantu

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s